Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA I: „Maskarada”. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA I: „Maskarada”. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 grudnia 2013

Podziękowania

Epilog miał się pojawić dużo później, ale nie mogłam się powstrzymać. Dawno nie czułam takiej weny, pisząc cokolwiek – i tak oto zakończenie wydłużyło się ponad dwukrotnie, co bardzo mnie cieszy. Naprawdę ciężko opisać mi, co czuję po ponad pół roku, w końcu mogąc dodać zakończenie pierwszej z planowanych przeze mnie ksiąg. „Maskarada” była niesamowitą przygodą; pomysłem, w którym zakochałam się od pierwszego momentu, kiedy tylko pomyślałam o połączeniu Renesmee z tak niezwykłą postacią, jaką w końcu jest Demetri. Pomysł na pierwszą księgę powstał w zaledwie jeden wieczór, chociaż między czasie naturalnie udało mi się go udoskonalić, dzięki czemu nabrał kształtu, który teraz Wam prezentuję.
Czy podołałam? To już pozostawię Waszej ocenie. Ja jedynie wiem, że jestem z tego bardzo zadowolona. Historia Renesmee, Demetriego, Hanny i Felixa to coś nowego, co sporo wniosło do mojej twórczości. Wiele się nauczyłam pisząc to opowiadanie, a mam nadzieję, że nauczę się jeszcze więcej, mogąc zaprezentować Wam księgę drugą – „Szał” – której prolog pojawi się dokładnie 1 stycznia. Tak, tak – proszę nie bić; wtajemniczenie wiedzą o co chodzi, prawda? A przynajmniej mam taką nadzieję.
Żadna moja historia nie doczekałaby się zakończenia, gdyby nie kilka cudownych osób, którym teraz pragnę serdecznie podziękować. Kolejność jest absolutnie przypadkowa:
Gabrysi­a – której dziękuję praktycznie za wszystko, od naszych rozmów, po same komentarze. Zawsze rozbrajasz mnie swoją dociekliwością, a twoje uwagi… No cóż, są po prostu bezcenne!
Czekoladowe Frykasy – za wszystkie komentarze, optymizm w naszych rozmowach i za to, że dzięki tobie chce mi się pisać. To wiele dla mnie znaczy, bardzo dziękuję.
Asi Dabkowska – będącej moim dobrym duchem. Twoje komentarze zawsze sprawiają, że uśmiecham się i wiem, że to, co piszę, naprawdę ma sens.
Karolina K. – za to, że za każdym razem rozbrajasz mnie swoją szczerością i zaangażowaniem. Dziękuję ci za wszystko, zwłaszcza za momenty, kiedy wręcz wymagałaś de mnie nowego rozdziału.
Katherine B. – za wsparcie, wszystkie komentarze i optymizm. Dzięki temu, jak próbowałaś przewidzieć fabułę, miałam frajdę z tego, że jednak nie jestem taka szablonowa.
Poison – o której nie mogłabym zapomnieć, chociaż zaginęła mi gdzieś w trakcie. Wierz mi, kochana, że twoja opinia naprawdę wiele dla mnie znaczy.
Aviesaline – o której jak zawsze pamiętam, chociaż jej zdarzają się chwile lenistwa. Jak zwykle, kochana: dziękuję ci bardzo!
Dziękuję również Mówię i krzyczę, czarnej.róży, DeeDee Masen, Oli Sieldeckiej, Ninie N., Like a dark paradise, MarryN99, Wampirzyca Wiki oraz wszystkim anonimowym czytelnikom, którzy śledzili moją historię, chociaż nie zawsze komentowali. I dziękuję Tobie, czytelniku, jeśli znalazłeś dość cierpliwości, żeby dotrzeć do tego momentu. To wiele dla mnie znaczy.
No cóż, do napisania!

Epilog

Renesmee
Biegłam, ale czułam się tak, jakbym się cofała. Moje mięśnie stanowczo protestowały, chociaż nie miało to żadnego związku z tym, że czułam się zmęczona – nie tak po prostu. Prawda była taka, że to ja pragnęłam się zatrzymać, chociaż to wydawało się najmniej rozsądną decyzją, jaką mogłabym w tej sytuacji podjąć.
Musiałam biec, chociaż tego nie chciałam. Tak było bezpieczniej i to wydawało się słuszne – tego również ode mnie oczekiwano. Ciągłego biegu, wiecznej ucieczki. Wszystko jedno, że jakaś część mnie sprzeciwiała się zdrowemu rozsądkowi, a z każdym kolejnym metrem czułam się coraz bardziej jak zdrajca i chciałam zawrócić. To nie miało żadnego znaczenia, bo i tak nie mogłam się zatrzymać.
On chciałby, żebym biegła – i żebym żyła.
Pytanie tylko, czy ja również tego chciałam.
Sama nie byłam pewna, jakim cudem udało nam się wydostać z miasta. Bieg brukowanymi uliczkami Volterry mogłabym zaliczyć do jednych z najgorszych wspomnień, chociaż tym doznaniom wciąż było daleko do tego, żeby znaleźć się na pierwszym miejscu. Istniały rzeczy zdecydowanie gorsze, a ja byłam tego boleśnie świadoma, chociaż chyba wyjątkowo wolałabym nie być. Pewnych rzeczy chyba lepiej nigdy nie doświadczyć i chyba powinnam czuć się przerażona, ale prawda była taka, że nie czułam niczego. Jedynie pustkę i echo znajomego, palącego bólu, który jednak zupełnie różnił się od tego, który towarzyszył mi, kiedy dowiedziałam się, że moja rodzina jest martwa. Nie mogłabym czuć się tak samo, gdyby tak było, to znaczyłoby mniej więcej tyle, że pogodziłam się z tym, że i On może być martwy – a na to nie mogłam sobie pozwolić. Musiałam wierzyć w to, że nie umarł, że wciąż gdzieś tam był – jedynie ta nadzieja pozwalała mi normalnie funkcjonować, dając dość siły do tego, żebym mimo wątpliwości mogła biec dalej. Nic innego mi nie pozostało, poza tym Hannah i Felix zdecydowanie nie zgodziliby się na to, żebym się zatrzymała. Demetri również by się na to nie zgodził, chociaż jego teoretycznie mogłabym nie posłuchać, skoro nigdy nie myślał o swoim bezpieczeństwie. Mogłam sobie niemal wyobrazić to, co powiedziałby mi, gdyby teraz tutaj był i mógł jakkolwiek na mnie wpłynąć. Sama myśl o tym sprawiała, że na moich ustach pojawiał się cień uśmiechu, chociaż równie dobrze mogłoby być to dowodem na to, że coś zdecydowanie jest ze mną nie tak.
Na zewnątrz było zimno, ale prawie nie czułam chłodu, wciąż pod wpływem sprzecznych emocji. Lodowate powietrze sprawiało, że ledwo byłam  w stanie oddychać, ale to i tak było lepsze od gryzącego dymu i pożaru. Chłód przenikał moje ubranie – cieniutką sukienkę, teraz zniszczona i podartą – ale nawet to nie było w stanie mnie zatrzymać. Jako pół-wampirzyca nie byłam aż tak czuła na zmiany temperatury, chociaż prędzej czy później śnieg i zimno jednak miały zacząć mi przeszkadzać.
Felix prowadził nas bocznymi, wyludnionymi uliczkami. Śpieszył się, poza tym raz po raz nerwowo rozglądał się dookoła, żeby upewnić się, że nikt za nami nie podąża. Ciemne włosy miał w nieładzie, ale i ta wyglądał najlepiej z nas, nienaturalnie elegancki w idealnie skrojonym garniturze, który miał na sobie. Hannah wyglądała jak duch, blada i śmiertelnie przerażona, chociaż starała się zrobić wszystko, byleby ukryć targające nią emocje. Próbowała być silna, podobnie jak i ja, nawet jeśli oszukiwanie siebie i innych w tej sytuacji wydawało się głupotą. Widziałam, że oddycha szybko i raz po raz nerwowo spogląda w moją stronę; w jej spojrzeniu było coś błagalnego, jakby oczekiwała, że nagle odezwę się i powiem coś, co przyniesie nam wszystkim ukojenie.
Z tym, że co ja miałam jej powiedzieć? Że jej wybaczam? Że wszystko jakoś się ułoży? A może to, że już jesteśmy bezpieczni? Mogłabym powiedzieć każdą z tych rzeczy, a przynajmniej spróbować, bo wątpiłam w to, żeby którakolwiek z nich przynosiła nam to, czego oczekiwaliśmy. Sama potrzebowałam wsparcia i ukojenia, ale obawiałam się, że nawet tysiące pocieszających słów nie dadzą mi tego, co poczułabym, gdybym raz jeszcze mogła poczuć wokół siebie znajome ramiona. Pocałunek był czymś o czym nie śmiałam marzyć, ale i tak…
Pragnęłam tylko go przytulić; pragnęłam chociaż w ten sposób się pożegnać… Chociaż raz, zanim stąd odejdziemy.
Z tym, że nawet to nie miało być mi dane.
Mimowolnie zaczęłam się zastanawiać nad tym, co pomyślałby o nas jakikolwiek człowiek, gdyby dane było mu nas zobaczyć. Dwie kobiety i mężczyzna – i ciągły bieg, ten nienaturalnie szybki bieg… Och, gdyby ktokolwiek wiedział… Gdyby ktokolwiek wiedział przed czym i dlaczego uciekamy, nie uwierzyłby.
Miałam dość, ale nie mogłam się zatrzymać. Hannah musiała wyczuć moje wahanie i oszołomienie, bo nagle nieznacznie zwolniła i zrównawszy się ze mną, stanowczo ujęła mnie za rękę. Rzuciłam jej nieodgadnione spojrzenie i instynktownie zapragnęłam oswobodzić rękę, ale nie zrobiłam tego. Po prostu nie byłam w stanie, bo nagle odkryłam, że tego właśnie potrzebuję. To wciąż była moja przyjaciółka – zarówno ona, jak i Felix; jedynie oni mi pozostali. Musieliśmy trzymać się razem, nawet jeśli jeszcze jakiś czas wcześniej to wydawało mi się nieprawdopodobne.
– Musimy się zatrzymać – wyszeptała Hannah. Dosłownie ciągnęła mnie za sobą, pilnując, żebym jednak się nie zatrzymała albo nie zawróciła. Zupełnie jakbym była na tyle głupia i zdesperowana, żeby to zrobić! – Felixie…
– Wiem! – Obie wzdrygnęłyśmy się, słysząc ton jego głosu. Westchnął i krótko się na nas obejrzał, wyraźnie zmęczony. – Przepraszam, ja… Jeszcze chwilę, dobrze? Najpierw musimy się stąd wydostać.
Oczywiście miał rację, chociaż ciężko było koncentrować się na zdrowym rozsądku, kiedy wszystko działo się tak szybko. Czułam się jak we śnie albo raczej koszmarze, a jakaś część mnie pragnęła wierzyć w to, że za moment obudzę się i przekonam, że wszystko to nie wydarzyło się naprawdę. Pragnęłam otworzyć oczy, rozejrzeć się dookoła i odkryć, że znów przysnęłam w komnacie Demetriego, a tropiciel leż tuż obok mnie, jak zwykle z zawadiackim uśmiechem obserwując mnie podczas snu.
Pragnęłam tego, ale przebudzenie nie nadchodziło. Koszmar wciąż trwał – i był prawdziwy.
Resztę drogi pamiętałam jak przez mgłę. W zasadzie składała się na liczne ślepe zaułki, boczne uliczki i cienie starych kamieniczek, jakże bardzo do siebie podobnych. Przebiegliśmy prawie całe miasto, docierając do najbardziej oddalonej od placu i twierdzy bramy miasta, ale i przez nią nie zamierzaliśmy przejść. W zamian wampir poprowadził nas w mniej widoczne miejsce, gdzie przedostaliśmy się na drugą stronę muru – a potem biegliśmy dalej, zupełnie jakbyśmy nigdy się nie zatrzymywali.
Bieg zwykle przynosił mi ukojenie, ale nie tym razem. Chyba nigdy tak bardzo nie pragnęłam się zatrzymać, chociaż na moment; niestety, nie mogłam – i ta świadomości była okropna, tym bardziej, że właśnie kolejna przyjemność została mi odebrana. Bycie w ruchu nie miało już w sobie niczego kojącego, a ja szczerze zwątpiłam w to, czy cokolwiek jest w stanie sprawić, żebym poczuła się lepiej.
Okolice miasta składały się przede wszystkim na pokryte zielenią, widoczne pagórki oraz kontrastujące z nimi lasy. Właśnie do jednego z takich gąszczy zabrała mnie Heidi, kiedy omal mnie nie zabiła, a teraz musiałam tam wrócić. Sama nie byłam pewna, co poczułam, kiedy nareszcie otoczyły nas drzewa. Wtedy już właściwie ledwo powłóczyłam nogami, ale jakoś zmuszałam się do tego, żeby dalej przeć do siebie. Przynajmniej próbowałam, obojętna na to, że nagie gałęzie drzew szarpią moją sukienkę i raz po raz ciągnął mnie za włosy.
Hannah jęknęła i skrzywiła się. W przeciwieństwie do mnie na nogach miała szpilki, co nawet przy zmyśle równowagi i wampirzych zdolnościach musiało być katorgą.
– Felixie – odezwała się cicho, zwracając się do zdesperowanego wampira. – Felixie, wystarczy. Nikt nas nie goni.
Wampir zesztywniał i poprowadził nas jeszcze kawałek, zanim w pełni zrozumiał sens jej słów i zdecydował się do  nich dostosować. Zwolnił bardzo po powoli, po czym zastygł w bezruchu, nieruchomy niczym posąg. Hannah również przystanęła, a ja przeszłam kilka kroków i osunęłam się na kolana, upadając pośród śniegu. Lodowaty puch topił się w kontakcie z moją wiecznie rozpaloną skórą, ale prawie nie byłam tego świadoma, zbyt oszołomiona i zagubiona, żeby być w stanie jakkolwiek zareagować. Ciasno otuliłam się ramionami, przypadkowo muskając miejsce, w które ukąsił mnie Kajusz; wzrok utkwiłam w jakimś punkcie w przestrzeni i po prostu znieruchomiałam, równie wytrącona z równowagi, co moi towarzysze.
To Hannah pierwsza otrząsnęła się na tyle, żeby do mnie podejść. Wydawała mi się nienaturalnie blada, nawet jak na wampirzycę, chociaż równie dobrze mogło mieć to związek z jej jasnymi włosami o taczającym nas śniegiem. Bez słowa przyklękła przy mnie, po czym otoczyła mnie ramionami. Zesztywniałam, przynajmniej do momentu, w którym coś we mnie nie pękło i nie wtuliłam się z nią, ledwo panując nad łzami. Chciałam płakać, ale jednocześnie nie mogłam się na to zdobyć, wciąż nieświadomie dusząc w sobie te wszystkie emocje i nie dając im okazji na to, żeby znalazły jakiekolwiek ujście.
– Cii… – Hannah przeczesała palcami moje włosy. Głos miała jakiś dziwny, przez co brzmiała tak, jakby w każdej chwili mogła się rozpłakać. – Będzie dobrze. Obiecuję ci, że wszystko będzie dobrze…
Sądząc po jej tonie, sama nie do końca we własne słowa wierzyła.
Nie jestem pewna, jak wiele godzin tak trwałyśmy splecione w uścisku. Emocje powoli opadały, a ja zaczynałam dochodzić do siebie, przynajmniej częściowo. Chłód wampirzej skóry oraz panująca na dworze temperatura powoli zaczynały dawać mi się we znaki, ale mimo dreszczy nie byłam w stanie zmusić się do tego, żeby się odsunąć albo jakkolwiek inaczej zareagować. Było mi zimno i dopiero teraz zaczynałam uświadamiać sobie, jak bardzo jestem obolała, ale nawet to nie miało dla mnie znaczenia; największy ból nie miał żadnego związku z moim fizycznym stanem, więc równie dobrze mogłam znosić niedogodności.
Nie miałam siły, żeby się zastanawiać nad tym, co teraz powinniśmy zrobić. Jakaś część mnie pragnęła zamknąć oczy i zasnąć, ale i to wydawało mi się abstrakcyjne. Czuwałam, całkowicie wyprana z jakichkolwiek emocji i obojętna na to, co działo się wokół mnie. Nie byłam w stanie nawet wyjaśnić, dlaczego od kilku godzin nie zwijam się z bólu, cierpiąc nie tyle z powodu straty Demetriego, ale przez jad, który musiał dostać się do mojego krwiobiegu, kiedy Kajuszowi udało się mnie ugryźć. Pewnie powinnam była o tym wspomnieć Hannie i Felixowi, ale nie chciałam tego robić, łatwo mogąc sobie wyobrazić ich reakcję. Wolałam traktować to jako łut szczęścia; chociaż jedną dobrą rzecz, która spotkała mnie, a którą usiłowałam docenić, skoro do tej pory spotykało mnie wszystko to, co najgorsze. Może przynajmniej jad miał być mi obojętny.
Carlisle pewnie by mi to wytłumaczył, przeszło mi przez myśl i gdyby nie sytuacja, pewnie nawet zdołałabym się uśmiechnąć. Wciąż nie docierało do mnie to, że miałam szanse na ponowne spotkanie z rodziną, ale prędzej czy później zrozumienie w końcu miało się pojawić. Żałowałam jedynie, że kiedy już miało to nastąpić, nie miałam być zdolna do tego, żeby w pełni cieszyć się perspektywą nadchodzącego spotkania. Co więcej, to wcale nie miało być takie łatwe, skoro nie miałam pojęcia, gdzie powinnam się teraz udać.
Niebo nad naszymi głowami powoli zaczynało jaśnieć, przybierając odcienie czerwieni i ciemnego granatu. Wciąż wtulona w Hannę, przez kilka sekund obserwowałam to niezwykłe zjawisko, chociaż jednocześnie nie czułam niczego, nawet zachwytu. Czułam się pusta, chyba nawet bardziej niż pół roku wcześniej, kiedy równie bezwładzie siedziałam na tamtej polanie, aż do przybycia Aro i jego podwładnych. Wiele zmieniło się od tamtego momentu, również we mnie, ale na swój sposób wciąż pozostawałam taka sama, co wtedy. Sama nie byłam pewna, czy powinnam się z tego cieszyć, ale miło było odnaleźć w sobie cokolwiek, co upodabniało mnie do dziewczyny, którą kiedyś byłam. Nie mogłam tego stracić, chociaż czasami wydawało mi się, że byłoby łatwiej, gdybym w pełni zatraciła to, kim kiedy byłam.
Nie tyle usłyszałam czy zobaczyłam, ale przede wszystkim wyczułam jakiś ruch za sobą. Hannah poderwała głowę, ale ja zdecydowałam się na to dopiero w momencie, kiedy Felix narzucił mi na ramiona swoją marynarkę.
– Jak się trzymacie? – zapytał cicho, głosem równie bezbarwnym, co wyraz jego twarzy.
Wzdrygnęłam się mimowolnie, pierwszy raz od kilku godzin słysząc czyjkolwiek głos. Nie byłam pewna jakim cudem, ale jakoś zdołałam się ruszyć z miejsca, chociaż mięśnie miałam obolałe i zesztywniałe od ciągłego trwania w jednej pozycji.
– Jakoś. – Hannah zdecydowała się odpowiedzieć za nas obie. – Dobrze wiedzieć, że jednak nie zamieniłeś się w posąg, Felutku.
– Nie denerwuj mnie. – Wampir westchnął teatralnie, ale odniosłam wrażenie, że znajome przezwisko w ustach dziewczyny przynosi mu ulgę. – Zresztą nieważne. Musimy się zbierać – stwierdził, spoglądając w jaśniejące niebo.
Hannah skinęła głową, ale nie ruszyła się miejsca. Ja również miałam trudności z poruszaniem się, ale zmusiłam się do tego, żeby podejść do Felixa. Stanęłam za jego plecami i odczekałam moment, aż wampir bardzo powoli odwrócił się w moją stronę.
– Co robimy? – zapytałam wprost. – Mówisz tak, jakbyś miał jakiś plan, a ja… – Pokręciłam głową i wzruszyłam ramionami.
– Nie mam planu. Jedynie kilka luźnych pomysłów. – Popatrzył na mnie bezradnie, jakby oczekując, że na niego warknę albo zacznę protestować. – Nie możemy tutaj zostać. Teraz są skupieni na pożarze, ale prędzej czy później Kajusz wyśle kogoś za nami, oczywiście pod warunkiem, że jeszcze nas nie szukają. Musimy uciekać, wyjechać z miasta i…
Skinęłam głową; tego spodziewałam się od jakiegoś czasu.
– A co z Demetrim? – zapytałam cicho. Zwyczajne pytanie, bez jakichkolwiek emocji. – W zamku powiedziałeś mi, że go nie zabiją. Kłamałeś wtedy?
Felix zawahał się.
– Powiedziałem ci to, w co wierzę. Nie sądzę, żeby dobrowolnie zrezygnowali z jego daru, póki nie złapią nas wszystkich – zapewnił mnie i chyba faktycznie w to wierzył. – Wrócimy po niego. Ale nie teraz. Sądzę… No cóż, sądzę, że najpierw powinniśmy spróbować odszukać twoja rodzinę – przyznał z wahaniem.
Jak na zawołanie oboje spojrzeliśmy na Hannę. Dziewczyna zamrugała i poderwała głowę; wyrwało jej się ciche westchnienie, ale ostatecznie skinęła głową.
– Dobrze pamiętam, co takiego im podsunęłam. Jeśli się nie wyprowadzili, przynajmniej część będziemy w stanie odnaleźć dość szybko – zapewniła, zrywając się z miejsca.
Nie miałam siły, żeby pytać ją, co takiego miała na myśli, kiedy mówiła o części. Nie miałam siły na nic, ale starałam się tego nie okazywać, koncentrując się przede wszystkim na myśli o tym, że już wkrótce będę mogła zobaczyć swoich bliskich.
Felix i Hannah zaczęli rozmawiać na temat czekającej nad podróży, ale ja prawie ich nie słuchałam. Poruszając się niczym w transie, powoli weszłam pomiędzy drzewa, bez wahania zostawiając dwójkę wampirów. Żadne z nich nie zwróciło uwagi na to, że się oddaliłam, ale tak było nawet lepiej.
Kiedy biegliśmy przez las, miałam wrażenie, że poruszaliśmy się przez całą wieczność, ale trasa okazała się zdecydowanie krótsza. W zaledwie kwadrans dotarłam do skraju lasu, ale nie odważyłam się opuścić cienia rzucanego przez drzewa, zupełnie jakbym podejrzewała, że ktoś rzuci się na mnie, kiedy tylko przekroczę granicę. Wzdychając ciężko, całym ciałem oparłam się o najbliższy cień, po czym wbiłam wzrok w przestrzeń, obserwując liczne wzgórza i otwarte tereny, które otaczały miasto. W świetle nadchodzącego poranka zarys Volterry przypominał ciemny kształt na pomarańczowym niebie, niezwykły i przyprawiający o dreszcze.
Mój wzrok zupełnie machinalnie powędrował w stronę kłębiącego się, czarnego dymu. Zamrugałam pośpiesznie, czując napływające mi do oczu łzy. Nie mogłam płakać, nawet jeśli nikt mnie nie widział,  a słabość byłaby uzasadniona.
– Wrócę po ciebie – obiecałam cicho; mój szept nie był głośniejszy od szumu poruszanych wiatrem liści, ale i tak wierzyłam w to, że tropiciel jakimś cudem go usłyszy.
Powoli opuściłam powieki, nie będąc dłużej wstanie patrzeć w stronę miejsca, gdzie znajdował się Demetri. Moje serce wyrywało się w tamtą stronę, ale wiedziałam, że nie mogę pozwolić sobie na podjęcie decyzji pod wpływem emocji. W ten sposób mogłam zaszkodzić nam oboje, a tego przecież nie chciałam.
Plan był prosty.
Najpierw odnajdę bliskich. Potem wrócę po Demetriego.
A jeśli coś mu się stanie, wiedziałam, że zanim umrę, najpierw pokażę wszystkim czym jest prawdziwy szał

środa, 25 grudnia 2013

30. Poświęcenie

Felix
Niespokojnie obejrzałem się za siebie. Nawet w ciemnościach widziałem dym, w oknach zamku zaś odbijały się jasne płomienie. Ogień bezlitośnie się rozprzestrzeniał, zajmując coraz większą powierzchnię. W głowie nie mieściło mi się to, jakie mogły być skutki pożaru, ale to nie była najlepsza pora na to, żeby nad czymkolwiek ubolewać. Jasne, nigdy nawet nie wpadłbym na to, że kiedykolwiek będę zmuszony uciekać z Volterry, a tym bardziej, że w tym samym dniu zamek zacznie powoli przeistaczać się w pył, ale nie czułem żalu. Swego rodzaju oszołomienie może i owszem, ale na pewno nie żal – w końcu ciężko jest ubolewać nad miejscem, które omal nie stało się grobem dla mnie oraz dla…
No właśnie, Demetri i pozostali. Nigdzie ich nie widziałem i to mnie niepokoiło, ale miałem nadzieję, że jakoś dali radę się wydostać. Musiałem wierzyć w to, że byli bezpieczni, chociaż instynkt podpowiadał mi, że tak naprawdę już niczego nie można być pewnym, zwłaszcza w tym miejscu. Życie nieśmiertelnego to w zasadzie całe pasmo nieprawdopodobnych wydarzeń; w tej sytuacji wszystko wydawało się równie prawdopodobne, bo i same wampiry były istotami, które nie powinny przecież istnieć na świecie. Oczywiście pod warunkiem, że świat faktycznie ograniczałby się do beznadziejnych zasad i stwierdzeń, które narzucili sobie ludzie.
Przestałem o tym myśleć, na powrót spoglądając przed siebie. Denalczycy zdążyli mnie już wyprzedzić, ale nie przejąłem się tym, bo cała czwórka zatrzymała się na placu przed twierdzą, niespokojnie obserwując miejsce z którego wszyscy chwilę wcześniej uciekliśmy. W duchu cieszyłem się, że na zewnątrz wciąż panowały ciemności, bo nawet gdyby jakiś człowiek zauważył, co się dzieje, przynajmniej nie wrzucalibyśmy się w oczy. Blask płomieni nie wprawiał wampirzej skóry w lśnienie, co było sporym plusem, chociaż nawet w anemicznym świetle zauważyłem, że Tanya, Kate i Carmen wyglądając niezwykle; płomienie rzucały na ich blade twarze długie cienie, sprawiając, że zarówno wampirzyce, jak i ich towarzysz wyglądali naprawdę niepokojąco.
– Renesmee… – Tanya odezwała się pierwsza. Dyszała ciężko, chociaż podobnie jak każdy wampir nie potrzebowała powietrza, żeby móc normalnie funkcjonować. – Felixie, musimy wrócić. Wiem, że kazali ci nas wyprowadzić, ale…
– Ona ma rację – wtrąciła natychmiast Kate. Mocno zaciskała dłonie w pięści, a ja – chociaż równie dobrze mogło mi się wydawać – mógłbym przysiąc, że jej skóra skrzyła się lekko, zdradzając przechodzące przez jej całe ciało napięcie elektryczne. Jej włosy elektryzowały się, przez co po idealnej fryzurze nie było ani śladu. – Przecież jej tak nie zostawimy.
Miałem ochotę westchnąć i wywrócić oczami, ale oczywiście nie zrobiłem tego, nie zamierzając teraz wchodzić w jakiekolwiek dyskusję. Niechętnie spojrzałem na obie kobiety, po czym przeniosłem wzrok na Eleazara i jego ciemnowłosą partnerkę.
– Zabierz je stąd, dobrze? – poprosiłem, chociaż tak po prawdzie to było polecenie; po prostu próbowałem być uprzejmy, w nadziei, że dzięki temu łatwiej będzie mi do nich przemówić.
Zarówno Tanya, jak i Kate spojrzały na mnie tak, jakby zamierzały się w moją stronę rzucić. Mimowolnie napiąłem mięśnie, gotów do obrony. Na całe szczęście nie ruszyły się z miejsca, zachowując resztki zdrowego rozsądku, ale i tak poczułem co najmniej zagrożony. Nie było czasu na to, żeby dodatkowo walczyć między sobą i to na dodatek w sytuacji, kiedy chodziło o kwestię bezpieczeństwa – i kiedy to ja miałem rację.
– Słuchajcie, nie ma teraz czasu – zirytowałem się. Mogli mi nie ufać, ich sprawa, ale ja nie musiałem sobie psuć nerwów z tego pokoju. – Ja tam wracam. Wy spadacie. Czy mam wam to przeliterować w jakiś specjalny sposób? – zapytałem uprzejmym tonem, ledwo powstrzymując się przed tym, żeby nie zacząć warczeć.
Tanya otworzyła usta, prawdopodobnie po to, żeby na mnie naskoczyć, ale wtedy zdecydował się ją ubiec Eleazar:
– Co zamierzacie? – zapytał mnie natychmiast. – Nie mam pojęcia, co się dzieje, ale nie podoba mi się to. No i chodzi o Renesmee, więc…
– Do cholery, a mnie niby nie chodzi o Renesmee? – Jak miałem im wytłumaczyć, że dziewczyna jest dla mnie równie ważna, co i dla nich? Podobnie jak i Hannah, i Demetri… Z tym, że dla Denalczyków byłem jedynie kolejnym przedstawicielem Volturi, który osiemnaście lat wcześniej brał udział w egzekucji ich siostry oraz omal nie wymordował ich oraz Cullenów i to właśnie z powodu – o ironio! – Nessie. – Po prostu myślcie rozsądnie, dobra? Będziecie jedynie zawadzać, a przecież nie o to chodzi. Musicie stąd uciekać… I to teraz, póki macie okazję. Nie wracajcie do domu, zaszyjcie się gdzieś, przynajmniej na jakiś czas, póki nie nabierzemy pewności jak prezentuje się sytuacja. Jeśli będzie trzeba, sami się odezwiemy, ale, na litość Boską, nie ryzykujcie. Renesmee nie będzie zachwycona, jeśli cokolwiek wam się stanie. – Zmarszczyłem brwi. – Nie ma teraz czasu na wyjaśnienia. Mamy kłopoty i tego należy się trzymać. Nie jestem pewien, czy Kajusz w ogóle bierze was pod uwagę, ale nie wykluczone, że spróbuje uderzyć w was, żeby jeszcze bardziej zaszkodzić Nessie. Chcecie tego? – zapytałem i w tamtym momencie trafiłem w sedno.
Tym razem nikt się nie odezwał ani nie próbował się ze mną sprzeczać. Odetchnąłem w duchu, ale nie dałem sobie po sobie poznać, że odczuwam jakąkolwiek ulgę, przynajmniej do momentu, w którym Eleazar sztywno nie skinął głową. Wciąż patrzył się na mnie dość nieufnie, nawet mimo czasu, który sam kiedyś spędził w straży, ale zgoda z jego strony była już niejako postępem.
Nie czekając na kolejne protesty albo uwagi, chciałem odejść, ale wtedy czyjaś dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Odwróciłem się i wzdrygnąłem, nagle dostrzegając bladą twarz Tanyi zaledwie metr od mojej własnej.
– Co do…?
Wampirzyca potrząsnęła głową.
– Uciekniemy, ale powiedz mi, co planujecie? Dokąd zamierzacie zabrać Renesmee? – zapytała z niespokojnym błyskiem w złocistych tęczówkach.
– Lepiej, żebyście nie wiedzieli -  stwierdziłem cicho. Uznałem, że tak będzie rozsądnie, poza tym brzmiało lepiej niż gdybym wprost przyznał, że nie mamy żadnego planu. – Nie szukacie nas, a tym bardziej nie próbujcie znaleźć Cullenów. Po prostu się gdzieś zaszyjcie, a wtedy wszystko będzie dobrze – powiedziałem z przekonaniem, którego wcale nie odczuwałem.
Szybko wyrwałem ramię z uścisku Tanyi, wampirzyca zresztą już więcej nie próbowała mnie zatrzymać. Sądząc po wyrazie jej twarzy i mocno rozszerzonych tęczówkach, była oszołomiona i wciąż nie zdawała sobie sprawy z tego, co się dzieje. Cóż, jeśli tak, to tym bardziej powinna być w stanie mnie zrozumieć, bo ja również miałem problemy ze zrozumieniem i zaakceptowaniem wszystkiego, co działo się wokół mnie. Miałem wrażenie, że świat gwałtownie przyśpieszył, a wszystko wymknęło mi się spod kontroli. W jednej chwili to, co zbudowaliśmy przez ostatnie dni, kiedy sądziliśmy, że problemy nareszcie dobiegły końca, wszystko po raz kolejny uległo zmianie i to za sprawą zaledwie jednej tajemnicy, którą zdecydowała się ujawnić Hannah. Najgorsze wydawało się to, że nawet wiedząc, iż zawiniła, nie potrafiłem się na nią złościć, a przynajmniej nie w sposób, którego sam po sobie bym oczekiwał. Co więcej, z jakiegoś dziwnego powodu czułem ulgę, zupełnie jakbym przez wszystkie te wieki, które spędziłem jako członek straży, podświadomie czekał na moment, kiedy zyskam powód do tego, żeby nareszcie się stąd wyrwać.
Mój instynkt samozachowawczy stanowczo zaprotestował przed tym, co zamierzałem zrobić, ale kazałem mu się przymknąć i bez wahania wbiegłem ponownie wprost do płonącego budynku. W przedsionku i recepcji było względnie spokojnie, przynajmniej jeśli nie liczyć gęstego dymu, który unosił się w powietrzu, znacznie utrudniając widoczność i sprawiając, że ciężko było mi rozróżnić zapachy poszczególnych nieśmiertelnych. Spalenizna skutecznie tłumiła słodką, charakterystyczną dla wampirów woń, ale praktycznie to zignorowałem. I tak musiałem się wysilić, żeby odnaleźć Demetriego i dziewczyny, tym bardziej, że w przeciwieństwie do mojego przyjaciela nie dysponowałem żadnymi niezwykłymi zdolnościami, które pomogłyby mi w tropieniu; w zasadzie byłem w tym beznadziejny, ale teraz jakakolwiek pomyłka nie wchodziła w grę i byłem tego boleśnie świadomy.
Nie miałem pojęcia, gdzie podziały się inne wampiry, ale ich nieobecność nie wydała mi się niczym dziwnym. Kiedy tylko pojawił się ogień, wszyscy w popłochu rzucili się do wyjścia, instynktownie uciekając przed jedynym żywiołem, który był w stanie poważnie zaszkodzić nieśmiertelnemu. Ogień nas unicestwiał, dlatego zakładałem, że nie mam się czego obawiać, bo jedynie idiota dobrowolnie wróciłby do miejsca, które płonęło. Ja byłem właśnie takim idiotą, ale przynajmniej miałem dobre usprawiedliwienie, a przynajmniej próbowałem przekonać samego siebie, że postępuje rozsądnie. Być może powinienem był zostać na zewnątrz i tam zaczekać na całą trójkę – w końcu mieli większe szanse odnaleźć mnie niż ja ich – ale byłem zbyt niecierpliwy, poza tym aż mnie nosiło. Stanie w miejscu, na dodatek w ukryciu, nie wchodziło w grę, poza tym miałem złe przeczucia; niepokój narastał z każdą kolejną sekundą, nie dając mi spokoju. Coś było nie tak, chociaż wciąż nie potrafiłem wyjaśnić, czego właściwie powinienem się obawiać.
Zatrzymałem się w recepcji, niespokojnie rozglądając się dookoła. Znałem Demetriego na tyle dobrze, żeby zakładać, że może spróbować dostać się do ogrodów, żeby mniej zwracać na siebie uwagę; przynajmniej ja bym tak zrobił, dlatego teoretycznie mogłem w tym miejscu na nich poczekać, ale to byłoby zbyt proste. Opierając się plecami o kontuar za którym niegdyś siedziała Safona (kolejna niewinna ofiara Kajusza), jednocześnie czujnie rozglądając się dookoła i nasłuchując. Udało mi się skoncentrować wystarczająco, żeby być w stanie stwierdzić, że ani Demetriego, ani tym bardziej dziewczyn jeszcze nie było w recepcji. Zakładałem, że wciąż pozostawali w zamku, a kolejne sekundy jedynie utwierdzały mnie w przekonaniu, że coś jest nie tak.
Ja się zabiję… Siebie albo ich, jęknąłem w duchu. Niewiele myśląc ruszyłem przed siebie, kierując się wprost w stronę Sali Tronowej. Podążanie w stronę samego centrum szalejącego pożaru zdecydowanie nie świadczyło o zdrowiu psychicznym, ale pal to licho. Musiałem przynajmniej sprawdzić tamto miejsce albo spróbować dostać się na piętro, a schody przy Sali Tronowej stanowiły najkrótszą, chociaż nie najbezpieczniejszą drogę. Śmierć i tak wisiała nad nami wszystkimi, więc równie dobrze mogłem zaryzykować, tym bardziej, że było mi wszystko jedno. Nie sądziłem, że kiedykolwiek w moim życiu pojawią się osoby dla których będę skłonny do tego, żeby ryzykować życie, ale najwyraźniej i w tej kwestii los postanowił mnie zaskoczyć. Demetri to była inna sprawa, ale Renesmee, którą w którymś momencie zacząłem traktować nie tylko jak dziewczynę najlepszego kumpla, ale również jak młodszą siostrę, zdecydowanie wyzwalała we mnie ludzkie uczucia, których nie doświadczyłem od dawna, a być może od samego dnia przemiany.
No i była jeszcze Hannah – Hannah, która sprawiała, że w głowie miałem kompletny mętlik. Sam nie byłem pewien, co powinienem o wampirzycy myśleć, ale byłem pewien jednego: zdecydowanie nie mogłem pozwolić na to, żeby spotkało ją cokolwiek złego. Niezależnie od tego, jak często mnie denerwowała i jak bardzo byłem nią rozczarowany, teraz czułem, że po prostu muszę ją odnaleźć – innych możliwości nie było.
Żar płomieni naparł na mnie, jeszcze zanim w ogóle je dostrzegłem. Aż wzdrygnąłem się, oszołomiony tym, jak niewiele wystarczyło, żeby płomienie się rozprzestrzeniły, wychodząc poza obręb Sali Tronowej. Ogień tańczył na ścianach i na suficie, chociaż jak na razie nie był w stanie mnie dosięgnąć. Instynktownie zapragnąłem się wycofać, wiedząc, że brnięcie dalej byłoby szaleństwem; przecież oni nie mogli wybrać tej drogi, to było szalone, poza tym…
– Renesmee… Renesmee, musimy iść! – Głos Hannah doszedł mnie nagle, sprawiając, że cały zesztywniałem. – Nessie, proszę…
Nie usłyszałem odpowiedzi, a jedynie cichy jęk i warknięcie. Dopiero to drugie otrzeźwiło mnie na tyle, żeby zorientować się, że jednak się pomyliłem – cała trója jednak była szalona, podobnie zresztą jak i ja, skoro momentalnie zapomniałem o wszelakich konsekwencjach oraz ryzyku, które zamierzałem podjąć. Skoncentrowany wyłącznie na uldze, która płynęła z tego, że trafiłem w najlepsze możliwe miejsce, instynktownie przyśpieszyłem i ruszyłem przed siebie.
Słyszałem coś, jakieś głosy – przede wszystkim dobrze znany mi sopran Hannah, która kłóciła się o coś z Renesmee, chociaż nie byłem w stanie zrozumieć niczego przez trzask płomieni. Dopiero kiedy wyszedłem zza zakrętu, zdołałem dostrzec obie kobiety – i dosłownie zamarłem, uświadamiając sobie, że coś jest nie tak. Nessie klęczała na posadzce, stanowczo odpychając od siebie ręce Hanny, która próbowała pomóc jej wstać. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że korytarz jest zablokowany i że to właśnie sterta gruzu stanowi ich największy problem, a zarazem powód ich sprzeczki.
– Felix! – To Hannah zauważyła mnie pierwsza. Jej oczy zabłysły, chociaż sam nie byłem pewien czy to wyłącznie ulga, czy może z jakiegoś jeszcze powodu tak bardzo ucieszyła się na mój widok. Oczywiście szybko odrzuciłem od siebie tę myśl, bo to nie była najlepsza pora na jakiekolwiek spekulacje, ale i tak mój niepokorny umysł podsunął mi wspomnienie naszego pocałunku i… Przestań!, skarciłem się w duchu, stanowczo przywołując się do porządku. – Felixie, musisz mi pomóc – oznajmiła, po czym bezradnie spojrzała na Renesmee.
– Co jest? – Jakoś zdołałem się odezwać, zaraz też dołączyłem do obu nieśmiertelnych. – Nic wam nie jest? Gdzie jest Demetri i…?
– Jestem tutaj – doszedł mnie znajomy głos. Momentalnie wszystko stało się dla mnie jasne, kiedy zorientowałem się, że Demetri jest po drugiej stronie barykady. Głos wampira brzmiał jakoś dziwnie, ale to w tym momencie nie miało żadnego znaczenia. – Felix, zabierz je stąd. Musicie uciekać i…
– Nie! – Renesmee znów zdecydowała się wtrącić. Jej głos odbił się echem od ścian korytarza, zagłuszając nawet trzask płomieni. – Nie, nie ma mowy. Nie zostawię cię i… – Chciała dodać coś jeszcze, ale wtedy po drugiej stronie doszło nas ciche warknięcie, a potem huk porównywalny do zderzenia dwóch głazów. – Co tam się dzieje? Demetri… – Teraz już dosłownie napierała na ścianę gruzów, próbując znaleźć jakąś szczelinę i zobaczyć, co takiego dzieje się po drugiej stronie.
Demetri nie odpowiedział od razu, nie musiał zresztą tego robić. Nie musiałem długo się zastanawiać, żeby zorientować się, że tropiciel nie jest tam sam – i że prawdopodobnie właśnie został zmuszony do tego, żeby walczyć. Zaraz zmaterializowałem się u boku Renesmee, po czym delikatnie acz stanowczo odsunąłem ją do tyłu, żeby samemu móc ocenić sytuację.
Zdziwiłem się, kiedy dziewczyna posłusznie mi uległa. Odsunęła się, po czym popatrzyła na mnie w tak błagalny sposób, że aż poczułem się niezręcznie.
– Pomóż mu – wyszeptała, ale ja jedynie popatrzyłem na nią błagalnie, absolutnie oszołomiony.
Kolejne zderzenie, a potem konstrukcja, która blokowała korytarz, zadrżała niebezpiecznie. Usłyszałem trzask i niewiele myśląc rzuciłem się w stronę Renesmee, odpychając ją na bok. Z rozpędu wylądowałem na niej, a już w następnej sekundzie oboje przejechaliśmy dobre dwa metry po posadzce. Jeszcze więcej elementów płonącego stropu zarwało się, jedynie wzmacniając już i tak solidną blokadę.
– Musicie uciekać! – Demetri najwyraźniej dawał sobie radę na tyle dobrze, żeby być w stanie kontrolować to, co działo się z nami. – Poradzę sobie, ale wy uciekajcie. Spotkamy się na zewnątrz – obiecał, ale chociaż w jego głosie pobrzmiewała pewność, ja wiedziałem, że w rzeczywistości udaje; coś było nie tak. – Felixie, obiecałeś mi…
Zakląłem w duchu, dobrze wiedząc, co takiego miał na myśli. Pokręciłem z niedowierzaniem głową, po czym pustym wzrokiem popatrzyłem na leżącą pode mną Renesmee, która od dłuższej chwili próbowała mnie z siebie zrzucić. Natychmiast zerwałem się na równe nogi, po czym chwyciłem dziewczynę za nadgarstek i pociągnąłem ją za sobą, zmuszając do tego, żeby się podniosła. Momentalnie spróbowała wyrwać rękę z mojego uścisku, ale jej na to nie pozwoliłem, w zamian jedynie wzmagając uścisk.
Dziewczyna spojrzała na mnie rozszerzonymi do granic możliwości oczami, być może rozumiejąc, co właśnie zamierzałem zrobić. Nie dałem jej okazji na to, żeby się odezwała, tylko stanowczo pociągnąłem ją za sobą, obojętny na to, że spróbowała zaprzeć się nogami. Już nie słyszałem Demetriego, ale to w tym momencie było najmniej istotne; teraz liczyło się, żebyśmy jakoś się stąd wydostali, a później… No cóż, później dopiero mieliśmy się przekonać, co powinniśmy zrobić dalej.
– Chodźmy stąd – powiedziałem stanowczo.
Gdyby spojrzenie, które rzuciła w moją stronę Renesmee, mogło zabijać, prawdopodobnie wszyscy bylibyśmy martwi.
Renesmee
Felix ciągnął mnie za sobą, obojętny na to, że próbuję się wyrywać. Raz po raz potykałam się i odwracałam za siebie, pragnąc jakoś oswobodzić rękę i rzucić się w przeciwną stronę. Chciałam krzyczeć, ale i do tego nie byłam zdolna, całkowicie oszołomiona i obolała po tym, jak wylądowałam na ziemi, kiedy Felix odepchnął mnie na bok. Nie potrafiłam być mu za to wdzięczna, nawet jeśli zdawałam sobie sprawę z tego, że zawdzięczałam mu życie.
– Renesmee, szybciej! – ponaglił mnie wampir, kiedy zatrzymałam się, omal nie tracąc przy tym równowagi. Szarpnięciem ponownie ustawił mnie do pionu, zanim zdążyłabym stracić równowagę i polecieć na twarz.
– Ale Demetri… – Jakimś cudem zdołałam się odezwać.
Wampir chwycił mnie mocno za ramiona i zmusił do tego, żebym spojrzała mu w oczy. W krwistych tęczówkach Felixa dostrzegłam determinację, ale i ledwo skrywane przerażenie, które przypomniało mi o tym, że nie tylko ja jedna tak bardzo pragnę pomóc tropicielowi.
– Demetri znajdzie drogę. Dobrze walczy, więc na pewno jakoś mu się uda – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu głosem. – Ech, ufasz mi? Wiesz dobrze, że go nie zostawimy.
Spuściłam wzrok. Felix musiał uznać to za wystarczającą odpowiedź, bo w końcu puścił mnie i ruszył dalej, żeby dogonić Hannę, która zdążyła nas oboje wyprzedzić. Ruszyłam za nimi, czując, że w miarę tego, jak oddalaliśmy się od Demetriego,  moje serce i dusza rozpadają się na kawałeczki, jakby już teraz nie były wystarczająco podzielone. Czułam narastający strach oraz żal nie tylko do samej siebie, ale również do moich towarzyszy, ale uparcie powstrzymywałam się przed płaczem, dobrze wiedząc, że w ten sposób nic nie zdziałam.
Musiałam uwierzyć Felixowi – a tym bardziej musiałam zaufać ukochanemu. Demetri należał do straży od stuleci i nie wolno mi było o tym zapominać. Potrafił walczyć, poza tym był zdecydowanie bardziej zaradny ode mnie. Na pewno miał naleźć wyjście i spotkać się z nami na zewnątrz, a beze mnie zdecydowanie łatwiej miało mu być skoncentrować się na unikaniu niebezpieczeństw. Myśl, że jedynie zawadzam, była dla mnie bolesna, ale zdawałam sobie sprawę z jej prawdziwości; to pozwoliło mi względnie uwierzyć w to, że odchodząc postępuję słusznie w jakiś pokrętny sposób ukochanemu pomagam, ale to wcale nie było takie łatwe i wciąż miałam wątpliwości.
Chciałam zostać.
Chciałam uciekać.
Przypomniałam sobie, jak kiedyś stwierdziłam, że jestem sprzecznością. Teraz znów miałam wrażenie, że dwie różne Renesmee walczą we mnie, powoli doprowadzając mnie tym do szaleństwa. Czułam, że się rozpadam, chociaż to było jedynie wrażeniem, a ja musiałam spróbować jakoś zapanować nad własnymi uczuciami, jeśli w ogóle chciałam mieć pewność, że mam jakąkolwiek szansę na to, żeby wszystko nareszcie się ułożyło. Teraz najważniejsze było logiczne myślenie, nie emocje, i musiałam o tym pamiętać.
Z tym, że się bałam. Rozłąka z Demetrim była bolesna, tym bardziej, że zostawiliśmy go samego z dwoma wampirami; dwóch na jednego – to było nieuczciwe, nawet jeśli Demetri był dobry w walce. Wiedziałam zresztą, że dobrze biega i pewnie miał duże szanse na to, żeby uciec, ale i tak coś podpowiadało mi, że właśnie popełnialiśmy ogromny błąd. Zostawialiśmy go, pozwalając, żeby spotkało go coś złego; ta myśl nie dawała mi spokoju, chociaż starałam się zaufać Felixowi i myśleć pozytywnie.
Próbowałam koncentrować się na biegu, ale to wcale nie było takie łatwe. Ledwo nadążałam za Hanną i Felixem, zmęczona i otumaniona nadmiarem emocji oraz gryzącym dymem, który raz po raz drażnił mojej już i tak obolałe gardło. Zaczynało kręcić mi się w głowie, poza tym ledwo łapałam oddech, ale wiedziałam, że nie mogę się zatrzymać. Wtedy mogło stać się coś złego, chociaż nie potrafiłam stwierdzić, czego właściwie powinnam się spodziewać. Wiedziałam jedynie, że muszę biec; biec dla siebie, dla swoich bliskich oraz – co najważniejsze – dla Demetriego. Nie zamierzałam nawet brać pod uwagę tego, że mogłoby stać się najgorsze i że którekolwiek z nas mogłoby zginąć. Jedynie nadzieja na to, że przynajmniej śmierć nie jest nam pisana, pozwalała mi jakkolwiek normalnie funkcjonować i panować nad uczuciami.
– Dokąd biegniemy? – zapytała spiętym tonem Hannah, rzucając nerwowe spojrzenie w stronę Felixa. Raz po raz oglądała się na mnie, jakby chcąc upewnić się, czy nagle po raz kolejny nie puszczą mi nerwy i nie zdecyduję się zaryzykować, wracając do Demetriego. – Felixie…
– Myślę! – Wampir był coraz bardziej zdenerwowany. – Na razie do lobby. Spróbujemy dostać się do ogrodu, bo tam chyba nikt nie pilnuje wejścia. Wszyscy uciekli na plac, dlatego powinno nam jakoś udać się przedostać i bocznymi uliczkami uciec z miasta. Później pomyślimy, ale obawiam się, że najlepszym rozwiązaniem będzie złapać najbliższy samolot i się stąd zmywać, zanim…
O czym oni, na litość Boską, rozmawiali?
– Nie! – zaoponowałam natychmiast, ledwo powstrzymując się od tego, żeby instynktownie nie przystanąć. Mimo wszystko nie byłam na tyle głupia, żeby próbować się zatrzymywać, zwłaszcza w obecnej sytuacji. – Co z Demetrim? Mówicie tak, jakbyśmy mieli go tutaj zostawić! – zarzuciłam im, czując narastający gniew.
Zauważyłam, że wymienili krótkie pojrzenia. Hannah otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale coś w oczach Felixa musiało ją przekonać do tego, żeby lepiej siedziała cicho. Nawet nie zorientowałam się, kiedy oboje zwolnili, pozwalając mi nieznacznie się wyprzedzić i wciąż obserwując mnie z jakimiś dziwnymi wyrazami twarzy, które przyprawiły mnie o dreszcze.
Nie byłam głupia; natychmiast zrozumiałam, że jak najbardziej taki był plan. Przynajmniej na tę chwilę oni już stwierdzili, że nie będziemy w stanie tropicielowi pomóc. Nie dawali mu szansy na to, żeby się wydostał i nawet jeśli nie skazywali go na śmierć, doszli do wniosku, że Demetri i tak da się złapać.
Poczułam, że się rozpadam. Traciłam go, właśnie go traciłam, a jednak… A jednak wciąż tutaj byłam, niezdolna do tego, żeby cokolwiek zrobić. Nie rozumiałam, dlaczego wciąż biegnę przed siebie, zamiast zawrócić i rzucić się na Hannę i Felixa za to, że w ogóle ośmielili się podjąć taką decyzję, nawet nie pytając mnie o zdanie. Nie chciałam ich współczujących spojrzeń ani tego, że patrzyli na mnie tak, jakbym była dzieckiem, które nie rozumie prostych rzeczy. Może im nie zależało na Demetrim tak bardzo ja mnie, może nie zależało im na niczym prócz życia, ale to nie miało dla mnie znaczenia. Mogli robić sobie dosłownie wszystko, cokolwiek im się podobało, ale dlaczego w takim razie zatrzymywali mnie, skoro sama również miałam prawo do podejmowania decyzji, obojętnie jak bardzo wydawały się szalone?
Dlaczego? Dlaczego…?
Już wielokrotnie zdawałam sobie te pytania, nigdy jednak nie byłam w stanie odszukać sensownych odpowiedzi. Niektóre rzeczy po prostu się działy, a ja nie miałam na nie żadnego wpływu, nawet jeśli to wydawało się niemożliwe. Czułam się równie bezradna, w którym uwierzyłam w wytworzoną przez Hannę iluzję, przyjmując do wiadomości myśl o tym, że właśnie straciłam wszystkich tych, których tak bardzo kochałam. Uwierzyłam w to i pogodziłam się z tym, chociaż teraz wiedziałam, że wszystko było jedynie kłamstwem. Z tym, że to, co działo się teraz, było prawdziwe, a ja nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości – teraz naprawdę nie miałam być w stanie niczego zrobić, a ta bezradność powoli mnie wyniszczała, rozrywając na mikroskopijne kawałeczki moją już i tak mocno poranioną duszę.
W ciągu ostatnich miesięcy udało mi się przynajmniej częściowo ją scalić; teraz znów rozpadała się na nowo.
– Renesmee… – westchnął Felix, kiedy zatrzymałam się w lobby. Był oszołomiony, poza tym wszyscy byliśmy coraz bardziej zdenerwowani. – Renesmee, proszę, posłuchaj…
– Nie zamierzam – przerwałam mu chłodno. Trzęsłam się cała, czując narastającą z każdą kolejną sekundą rozpacz. – Wszystko aż nazbyt dobrze rozumiem… A w zasadzie większość, bo nie mam zielonego pojęcia, jak możecie to robić. Mamy pozwolić mu umrzeć, czy co?! – zapytałam, powoli tracąc nad sobą panowanie.
Nie obchodziło mnie, co takiego sobie myśleli i czy sama również byłam w niebezpieczeństwie. Nie zwracałam uwagi nawet na to, że Felix i Hannah mogli chcieć dla mnie dobrze. Liczyło się wyłącznie to, że za żadne skarby nie zamierzałam pozwolić, żebyśmy ratowali się kosztem jednego z nas. Nawet jeśli Demetri kazał nam uciekać, nie mogliśmy tego zrobić. Z szansami czy nie, powinniśmy byli wrócić albo poszukać innej drogi, która pomogłaby nam obejść zablokowany korytarz i dotrzeć do tropiciela. Prawda była taka, że już dawno przestałam wierzyć w to, że wampir jakoś dał sobie radę z goniącymi nas nieśmiertelnymi. Gdyby tak było, już znalazłby do nas drogę, a jednak wciąż byliśmy sami i wszystko wskazywało na to, że to my musieliśmy coś zrobić, żeby Demetriemu pomóc.
Poświęcił się. Nie mogłam pozwolić na to, żeby zginął jedynie dlatego, że chciał zachować się w sposób, który wydawał mu się słuszny. To było egoistyczne, ale nie mogłam pozwolić na to, żeby mnie zostawił – taka możliwość po prostu nie wchodziła w grę.
– Nie zamierzamy nikogo zostawiać! – Felix mówił szybko, korzystając z mojej dezorientacji. – Posłuchaj, oni go nie zabiją. A przynajmniej tak długo, jak będzie jedyna osobą, która będzie potrafiła doprowadzić Kajusza do nas. Jedynie będąc razem możemy szybko zginąć, dlatego sądzę, że powinniśmy uciekać… – Chłopak spojrzał mi w oczy. – Wrócimy po niego. Mogę ci to przysiąc, jeśli tylko tego zapragniesz, ale teraz musimy uciekać – powtórzył raz jeszcze.
– Przysięga to zbyt mało… – wyszeptałam cicho; chciałam Demetriego, ale nie powiedziałam tego na głos, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że to byłoby najbardziej dziecinne zachowanie na jakie mogłam się zdobyć.
Felix popatrzył na mnie bezradnie. Raz po raz gorączkowo rozglądał się dookoła, podrygując nerwowo i wyraźnie czując się nieswojo z tym, że musieliśmy się zatrzymać. Sama również czułam, że powinniśmy biec dalej, ale wciąż łamałam się, wiedząc, że w momencie, w którym podejmę decyzję, już nie będzie odwrotu. Chyba nigdy wcześniej nie stałam przed trudniejszą decyzją, nie wspominając o tym, że nigdy nie darzyłam mężczyzny tak silnym i trwałym uczuciem jak to, które łączyło mnie i Demetriego. Tutaj nie było miejsca na rozsądek; rządziło serce, a ja nie potrafiłam walczyć z uczuciami.
– Renesmee, proszę – odezwała się cicho Hannah.
O co mnie prosiła? O zaufanie? Jakaś część mnie pragnęła ją wyśmiać, ale jednocześnie zdawałam sobie sprawę z tego, że wciąż na swój sposób wampirzyca była mi bliska.
A ja odpowiadałam za nią i Felixa w równym stopniu, co oni za mnie. No i musiałam pomóc Demetriemu.
– Zróbmy tak  – wykrztusiłam z siebie tak cicho, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby mieli problem z tym, żeby mnie usłyszeć.
Usłyszeli. Obojgu wyraźnie ulżyło, chociaż starali się tego zbyt obcesowo nie okazywać, żebym nie poczuła się źle i jednak nie zdecydowała się postąpić im na złość. Wkrótce ruszyliśmy dalej, już nie rozmawiając ani nawet na siebie nie patrząc, aż do momentu, w którym dotarliśmy do ogrodu. Na zewnątrz panowały ciemności, poza tym było spokojnie i to aż za bardzo. Ta cisza i brak światła mocno kontrastowały z blaskiem płomieni i powstałym w wyniku pożaru zamieszaniem. Zaczęłam niemal łapczywie wdychać świeże, pozbawione dymu powietrze, które pomogło mi dojść do siebie, bo od nadmiaru gryzącego dymu coraz bardziej kręciło mi się w głowie.
Hannah i Felix wyprzedzili mnie, natychmiast przemykając do okolic otaczającego zamek oraz ogród muru. Odprowadziłam ich wzrokiem, starając się nie myśleć o tym, że znajdujemy się bardzo blisko miejsca, w którym naskoczył na mnie, a później zginął Alistair. Moi przyjaciele nie zdawali sobie z tego sprawy, a nawet jeśli, to nie było dla nich aż tak istotne, skoro koncentrowali się przede wszystkim na tym, żeby nareszcie móc uciec.
Felix natychmiast nachylił się, po czym splótł ze sobą dłonie, tak, żeby Hannah mogła lepiej wybić się ku górze. Wampirzyca natychmiast skorzystała z jego pomocy, żeby już w następnej sekundzie wyskoczyć w górę i wylądować na szczycie muru. Pośpiesznie przytrzymała się krawędzi, żeby odzyskać równowagę, a już w następnej sekundzie zniknęła po drugiej stronie. Dostrzegłam jedynie jej krótkie, jasne włosy, niemal całkiem srebrne w tym oświetleniu, zaraz jednak straciłam ją z oczu i przestałam o tym myśleć; w głowie miałam kompletną pustkę, co mimo wszystko było lepsze niż gdybym nadal myślała o Demetrim oraz tym, co właśnie robiliśmy.
– Pośpieszcie się! – zawołała  zewnątrz Hannah, coraz bardziej się niecierpliwiąc. W tej sytuacji nawet ułamki sekund ciągnęły się w nieskończoność.
Wzdrygnęłam się i poderwałam głowę. Felix patrzył na mnie wyczekująco, nadal w tej samej pozycji. Jego mięśnie drżały nerwowo pod ubraniem, zdradzając, jak bardzo był zdenerwowany.
– Nessie – ponaglił mnie, coraz bardziej spiętym głosem.
Otrząsnęłam się i skinęłam głową, poniekąd dlatego, żeby utwierdzić samą siebie we wcześniejszych postanowieniach. Ruszyłam w stronę Felixa, chociaż każdy kolejny krok kosztował mnie mnóstwo energii i nie poruszałam się tak szybko, jak mogłabym tego oczekiwać. Byłam rozkojarzona i zrozpaczona – i być może dlatego nie przewidziałam tego, co nagle się wydarzyło.
Silne, lodowate ramiona nagle owinęły się wokół mnie. Krzyknęłam i szarpnęłam się, ale walka z wampirem była z góry skazana na niepowodzenie. Usłyszałam warknięcie Felixa, ale nawet kiedy wampir ruszył się z miejsca, miałam pewność, że i tak nie zdąży zareagować dość szybko. Gdyby tylko chciał, mój przeciwnik mógłby rozerwać mnie na kawałeczki i to jeszcze zanim w ogóle Felix zdążyłby ruszyć się z miejsca albo podjąć jakąkolwiek sensowną decyzję.
Chyba nigdy nie czułam się tak bardzo zdeterminowana, żeby żyć dalej. Nawet w okresie ciągłej żałoby, ani raz na poważnie nie pomyślałam o tym, żeby się zabić. Teraz tym bardziej nie mogłam zginąć, nie tylko przez wzgląd na moich bliskich, ale przede wszystkim dla Demetriego. Mogłam odejść, mogłam zostawić go w tym miejscu, ale nie mogłam umrzeć – w ten sposób bym go zabiła, chociaż wciąż abstrakcyjnie wydawało mi się to, że ktokolwiek mógł kochać mnie aż do tego stopnia, żeby moja śmierć go zniszczyła. Ta zależność była niemal przerażająca, ale to właśnie dzięki niej znalazłam w sobie dość siły, żeby spróbować walczyć.
Moja reakcja była instynktowna. Po prostu przywołałam do siebie wspomnienia, jak zawsze kiedy czułam się przerażona albo zła. Usłyszała ciche warknięcie, kiedy mój zdezorientowany przeciwnik poluzował uścisk, w pośpiechu ode mnie odskakując. Powinnam była uciekać, ale coś nakazywało mi odwrócić się za siebie, żeby przekonać się, kto mnie zaatakował.
W tamtym momencie popełniłam błąd. Kajusz warknął gniewnie, rozeźlony jeszcze bardziej niż w momencie, w którym zorientował się, że już nie tylko Hannah poznała prawdę. Natychmiast się zreflektował i zaatakował ponownie, jednak tym razem byłam na to przygotowana i zareagowałam szybciej. Udało mi się uniknąć kolejnego miażdżącego uścisku, ale w zamian wampir zdołał chwycić mnie za ramię. Jęknęłam, nagle tracąc równowagę i szarpnęłam się w przeciwną stronę, gotowa walczyć, kiedy nagle…
Cięcie było szybkie i w oszołomieniu w pierwszej chwili nagle nie poczułam bólu. Zorientowałam się dopiero po chwili, kiedy znikąd pojawił się Felix i bez wahania skoczył na Kajusza, stanowczo odrzucając wampira ode mnie. Wciąż oszołomiona, spojrzałam na dwóch walczących nieśmiertelnych, jak przez mgłę będąc świadomą tego, że skóra w okolicach szyi pulsuje bólem. Podświadomie czekałam na coś, co wiedziałam, że powinno w tej sytuacji nadejść – przecież zawsze następowało – wszystko jednak wskazywało na to, że ze mną będzie inaczej.
Niczym w transie uniosłam dłoń i dotknęłam świeżego śladu po ugryzieniu wampira. Pod opuszkami wyczułam odrobinę krwi oraz zarys półksiężyca, jednak poza tym nie byłam świadoma niczego. Nie czułam bólu, nie czułam ognia, chociaż niejednokrotnie słyszałam o tym, że właśnie tego powinnam się teraz spodziewać.
– Renesmee, uciekaj! – ponaglił mnie niczego nieświadomy Felix, skoncentrowany na tym, żeby trzymać Kajusza z daleka od siebie i mnie. Nie mógł uciec, póki nie byłam bezpieczna, przez co sam niepotrzebnie się narażał.
Jego słowa sprawiły, że momentalnie się otrząsnęłam. Niewiele myśląc poprawiłam ramiączko sukienki, żeby ukryć ślad po ugryzieniu, po czym w pośpiechu rzuciłam się w stronę muru, żeby przedostać się na drugą stronę. Hannah już na mnie czekała, bliska paniki; odetchnęła dopiero wtedy, kiedy tuż po mnie w końcu pojawił się Felix, ale żadne z nas nie miało czasu na to, żeby jakkolwiek odreagować.
Już w następnej sekundzie całą trójką puściliśmy się biegiem, nie zastanawiając się nad tym, gdzie właściwie zamierzamy się udać.
Siedziba Volturi i pożar zostały daleko za nami. 
Rozdział miał być wczoraj, ale skoncentrowałam się na przygotowaniach do Wigilii i jakoś mi nie wyszło. Pisałam go długo, na raty, bo chciałam, żeby wyszedł jak najlepiej, ale nie potrafię ocenić, czy wyszło mi to tak, jak zamierzałam. Wiem jedynie, że bardzo długo czekałam na rozwiązanie tej księgi i jestem podekscytowana myślą o tym, że prawdopodobnie jeszcze w tym tygodniu powinien pojawić się epilog. Mam nadzieję, że was nie zawiodłam; wręcz przeciwnie – że znów was zaskoczyłam i to w pozytywnym sensie.
Nie przeciągam, bo jestem lekko podpita – cała ja na święta. Chciałabym podziękować wszystkim czytającym i tym, którzy tak bardzo niecierpliwili się w oczekiwaniu na nowy rozdział. Już skończyłam pracę, więc wracam do stałego rytmu pisania, co bardzo mnie cieszy. Dziękuję również za wszystkie życzenia i sama również życzę wam wszystkiego najlepszego; zdrowych, radosnych świąt w gronie rodzinnym, spełnienia marzeń oraz wszystkiego, co najlepsze. Mam nadzieję, że będziecie ze mną jeszcze długo i że nie zaczniecie mieć mnie dość.
Do epilogu – czyli do napisania za kilka dni,

Nessa.

wtorek, 10 grudnia 2013

29. Walka

Renesmee
Hannah chwyciła mnie za rękę, stanowczo ciągnąc za sobą. Spojrzałam na nią z powątpiewaniem, ale nie spróbowałam się wyrywać, chociaż jakaś cząstka mnie pragnęła wzbraniać się pod dotykiem wampirzycy, która w jakimś stopniu mnie zdradziła. Nie chciała tego, tak, ale to i tak niczego nie zmieniało. Nawet jeśli rozumiałam jak silna potrafiła być wola życia, nie potrafiłam wyobrazić sobie, żeby bez wahania zdecydować się zniszczyć czyjeś życie, byle tylko zachować swoje. Jej decyzje wciąż wydawały mi się okrutne i samolubne, chociaż z takim podejściem prawdopodobnie sama nie zachowywałam się lepiej.
Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż stałyśmy po jednej stronie. Z jakiegoś powodu tych kilka miesięcy wcześniej zdecydowałam się jej zaufać, pozwalając, żeby się do mnie zbliżyła. Nie mogłam ot tak wyrzucić z pamięci tych dobrych chwil, które jasno świadczyło o tym, że Hannah stała się dla mnie prawdziwą przyjaciółką, a więc i jedną z najważniejszych osób w moim nowym życiu. Okłamywała nie czy nie, ostatecznie zdecydowała się powiedzieć prawdę, a ja nie potrafiłam jej od siebie odepchnąć. Teraz na dodatek obie w każdej chwili mogłyśmy zginąć, dlatego nie pozostawało nam nic innego, jak ze sobą współpracować.
– Musimy się pośpieszyć – przypomniała mi drżącym głosem dziewczyna. Obie wciąż byłyśmy pod wrażeniem działania daru Jane, bo chociaż ból zniknął, wciąż pozostawało nieznośne wrażenie, że cierpienie w każdej chwili pojawi się na nowo. – Renesmee…
– Za chwilę. – Nie mogłam nic poradzić na to, że co kilka stopni zwalniałam i uparcie obracałam się za siebie. – Poczekajmy chwilę. Demetri…
– Demetri nas dogoni. Chodźmy w końcu – powtórzyła po raz wtóry, a kiedy nie zareagowałam, chwyciła mnie za ramiona i stanowczo odwróciła mnie w swoją stronę. Nasze spojrzenia się spotkały, a ja instynktownie zesztywniałam, nieufnie spoglądając w krwiste tęczówki wampirzycy. – Pewnie nie mam prawa wymagać tego, żebyś mnie posłuchała…
– Masz rację. Nie masz takiego prawa – zgodziłam się, nie mogąc się powstrzymać, ale Hanna i tak moje słowa zignorowała.
– … ale – ciągnęła jak gdyby nigdy nic – czuję się za ciebie odpowiedzialna. Wszyscy się tak czujemy, dlatego w końcu rusz się z miejsca, zamiast troszczyć się o kogoś, kto doskonale daje sobie radę – powiedziała z naciskiem, staranie akcentując każde kolejne słowo. Nawet gdybym chciała jej nie słuchać, nie byłabym do tego zdolna. – Nie rozumiesz, że możemy jedynie mu zaszkodzić? Należy do straży, niejednokrotnie walczył o życie i niejednokrotnie wychodził z misji cało. Poradzi sobie, ale to będzie trudne, jeśli będziesz rozpraszała go swoją obecności, zmuszając do tego, żeby troszczył się również o ciebie.
Zamknęła oczy i pokręciłam głową, ale przecież doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że Hannah miała rację. Ta świadomość doprowadzała mnie do szału, bo w żaden sposób nie potrafiłam podważyć prawdziwości jej słów. Wiedziałam przecież, że Demetri jest doskonałym wojownikiem, ale i tak nie podobał mi się pomysł, żebyśmy raz jeszcze próbowali się rozdzielić. Nie chciałam tego, ale wiedziałam, że Hannah i tak nie da mi wyboru, a nie było czasu na to, żebyśmy toczyły bezsensowne walki między sobą.
Jęknęłam, ale posłusznie skinęłam głową. Hannah odetchnęła i spróbowała posłać mi pocieszający uśmiech, ale wszedł jej z tego jakiś grymas. Ona również się martwiła, nawet jeśli starała się tego nie okazywać. Strach towarzyszył nam obu i wydawał się jak najbardziej naturalny w obecnej sytuacji. Teoretycznie żadna z nas nie miała powodu do tego, żeby się wstydzić, ale w przypadku nieśmiertelnych kwestia uczuć wcale nie była taka prosta. Nasze relacje były silne, a więc i silnie okazywały się skrajne uczucia, takie jak nienawiść czy… miłość. Również strach w przypadku nieśmiertelnych był dość wyrazisty, a przyznanie się do słabości, mogło czasami kosztować życie. Kiedy zachowywało się jak ofiara, prędzej czy później miało się nią zostać – tę jedną zasadę wpajano mi od dzieciństwa, chociaż rodzina nigdy nie widziała powodu, żeby próbować uczyć mnie walczyć.
Rodzina… Na samą myśl o bliskich, chciało mi się płakać, chociaż sama nie byłam pewna z jakiego powodu. W zasadzie na mój stan składało się kilka sprzecznych ze sobą emocji; zarówno radość jak i strach, rozczarowanie i ulga. No i były przede wszystkim tęsknota i miłość, które popychały mnie do przodu, wzmagając pragnienie ucieczki z tego okropnego miejsca. Chciałam opuścić Volterrę i nareszcie zacząć żyć, może niekoniecznie jak wcześniej, ale przynajmniej w sposób, który wydawał mi się bardziej naturalny. Wątpiłam, żebym kiedykolwiek jeszcze stała się taka sama, jak sprzed tragedii, która mnie dotknęła, wpychając w labirynt kłamstw, w którym – poniekąd na własne życzenie – funkcjonowałam przez ostatnie pół roku. Teraz nareszcie miałam okazję się uwolnić, ale już na zawsze miałam pozostać inna, chociaż jeszcze nie byłam pewna, jak bardzo doświadczenia ostatnich miesięcy mnie zmieniły. Wiedziałam jedynie, że już nigdy nie będę potrafiła spojrzeć na Volturi w jednoznaczny sposób; nie potrafiłam nawet ich nienawidzić, bo jakby nie patrzeć, przez długi okres czasu zastępowali mi tych, których straciłam. Poza tym jedynie dzięki Kajuszowi poznałam tego, którego nade wszystko kochałam i znalazłam nie tylko miłość, ale również osoby, które stały się dla mnie przyjaciółmi. Tego nie dało się tak po prostu zignorować, nawet jeśli te same osoby w jakiś sposób mnie skrzywdziły.
W głowie miałam mętlik. Niczym w transie zbiegłam za Hanną jeszcze z kilku stopni, koncentrując się na myśli o ucieczce i powrocie do rodziny, ale wciąż dręczyło mnie coś innego. Może i wszystko we mnie aż rwało się do tego, żeby szukać wyjścia, ale moje serce wyrywało się w przeciwnym kierunku. Demetri się nie pojawiał i chociaż chciałam zaufać Hannie, instynkt podpowiadał mi, że coś jest nie tak. Nie mogłam go zostawić, a tym bardziej nie mogłam zawierzyć przypadkowi ani temu, jakimi umiejętnościami dysponowali Demetri i Felix. Jasne, byli świetnymi wojownikami i w normalnym wypadku na pewno daliby sobie radę, ale przecież niejednokrotnie widziałam, jakimi niezwykłymi umiejętnościami dysponowali mieszkańcy Volterry. Nie ze wszystkim można było sobie poradzić siłą, a czasami nawet najniezwyklejsze zdolności mogły okazać się niczym, jeśli w grę wchodził ktoś tak bezwzględny jak Kajusz albo…
– Renesmee, wracaj! – zaoponowała Hannah, ale ja już zdążyłam zawrócić.
Wbiegłam z powrotem na schody, przeskakując po kilka stopni na raz. Słyszałam, że Hannah jest tuż za mną, zła i zaniepokojona, ale nie odważyłam się odwrócić, zbyt skoncentrowana na tym, żeby biec przed siebie. Nie mogłam pozwolić się zatrzymać, poza tym wszystko we mnie aż krzyczało, że powinnam się pośpieszyć. Coś było nie tak; nie miałam pojęcia skąd to wiem, ale to nie miało dla mnie najmniejszego znaczenia. Teraz liczyło się wyłącznie jedno: musiałam wrócić po Demetriego i upewnić się, że tropiciel nie wpakował się w żadne kłopoty. Jasne, istniało wielkie prawdopodobieństwo, że niepotrzebnie panikuję, a wampir za chwilę się pojawi, ale jakoś w to niedowierzałam, poza tym minęło zbyt wiele czasu, żebym była skłonna uwierzyć w to, że wszystko jest w porządku. Demetri powinien był zrównać się z nami już kilka sekund po tym, jak puścił nas przodem, a jednak minęło już przynajmniej kilka nieznośnych minut, które z mojej perspektywy wydawały się ciągnąć w długie godziny. Coś musiało być na rzeczy i nie istniała możliwość, żebym uwierzyła w to, że jest inaczej.
Pokonałam ostatnie stopnie, wracając na piętro, gdzie dopiero co walczyliśmy z Jane. Byłam oszołomiona i dosłownie cała się trzęsłam od nadmiaru emocji, które dosłownie rozsadzały mnie od środka. Z trudem wyhamowałam, a potem i tak potrzebowałam dłuższej chwili, żeby rozejrzeć się dookoła i z niedowierzaniem stwierdzić, że…
– Padnij! – Głos Hanny mnie zaskoczył, ale nie zdążyłam nawet zastanowić się nad jej ostrzeżeniem, kiedy poczułam, że coś ciężkiego popycha mnie w stronę ziemi. Jęknęłam i jak długa poleciałam na twarz, przygnieciona ciężarem jasnowłosej wampirzycy. – Dziewczyno, do cholery… – syknęła mi do ucha dziewczyna, ale nie zdołała dokończyć.
Tym razem zrozumienie przyszło mi z łatwością, być może dlatego, że instynkt dał mi do zrozumienia, że mamy z Hanną kłopoty. Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch, ale nie odważyłam się spojrzeć w tamtym kierunku, tylko natychmiast poderwałam się na równe nogi. W samą porę, jak się okazało, po chwilę po tym Jane rzuciła się w moją stronę, warcząc gniewnie. Była zła, a nienawiść względem mnie aż z niej emitowała. Oczywiste było dla mnie, że chciała zemścić się za porażkę, którą poniosła dosłownie chwilę wcześniej, ale to w tym momencie było najmniej istotne. Ważniejsze było to, że musiałam uciekać, a to wcale nie było takie łatwe, kiedy zdawałam sobie sprawę z tego, że dziewczyna w każdej chwili jest w stanie unieruchomić mnie swoim darem. Sama nie miałam warunków do tego, żeby się skoncentrować, poza tym wciąż jeszcze nie doszłam do siebie po tym, jak wcześniej udało mi się wykorzystać dar do przekazania jakichkolwiek myśli na odległość. Nie byłam do tego przyzwyczajona, poza tym nie miałam wprawy, a rozwijanie zdolności jedynie mnie męczyło i nie mogłam nic na to poradzić.
Gdzieś za sobą usłyszałam krzyk Hanny. W pośpiechu odwróciłam się i rozejrzałam, gotowa odeprzeć każdy możliwy atak, chociaż jednocześnie byłam tak rozproszona, że wcale nie zdziwiłabym się, gdyby coś umknęło mojej uwadze. Jane już nie było za mną, ale kiedy powiodłam wzrokiem dookoła, dostrzegłam drobną wampirzycę tuż przy schodach. Odcinała tę drogę ucieczki, kiedy zaś podchwyciła moje spojrzenie na jej ustach pojawił się okrutny uśmieszek, który przyprawił mnie o dreszcze. Instynktownie zamarłam w oczekiwaniu, szykując się na pierwsze nadejście bólu, jednak atak nie nastąpił, nawet jeśli wampirzyca miała na to wielką ochotę.
– Wiesz co, Renesmee? – odezwała się cicho Jane, nie odrywając ode mnie swoich przerażających, roziskrzonych oczu. Moje imię wymówiła tak, jakby było najgorszym bluźnierstwem i nie chciało przejść jej przez usta. – Najchętniej bym cię zabiła, ale to wydaje się zbyt proste. Nie. Są rzeczy zdecydowanie gorsze od śmierci i sądzę, że wkrótce sama się o tym przekonasz.
– Nie krępuj się. – Zdawałam sobie sprawę z tego, że igram z ogniem, ale w zasadzie było mi już wszystko jedno. Po tym, co przeszłam, już żadna forma tortur nie wydawała mi się wystarczająco straszna. – No dalej, Jane. Na co czekasz? – zapytałam, robiąc krok w jej stronę i rozkładając ramiona w znaczącym geście.
Jane popatrzyła na mnie pustym wzrokiem i nie odpowiedziała. Wciąż mierzyłam ją wzrokiem, czekając na jakąkolwiek sensowną reakcję, ta jednak nie nadchodziła. Nie miałam pojęcia, co powinnam o tym myśleć, ale obawiałam się, że to zaledwie cisza przed burzą i za chwilę wydarzy się coś, co zapamiętam na długo. Nie rozumiałam, co takiego mogła mieć na myśli wampirzyca, skoro nie zamierzała teraz sprawić, żebym wiła się z bólu i błagała ją o litość. Czekałam i chyba właśnie oczekiwanie było równie okropne, co same tortury, ale starałam się nie okazywać strachu albo zwątpienia, chociaż oba to odczucie wydawały się w obecnej sytuacji najzupełniej uzasadnione. Byłam już zmęczona ciągłą ucieczką i piętrzącymi się problemami, ale najwyraźniej nie miałam co liczyć na to, że tej nocy odnajdę jakże upragniony spokój.
Wyczułam jakiś ruch tuż za plecami, ale nie odważyłam się odwrócić. Hannah zniknęła mi z oczu, kiedy musiałam uciekać przed Jane i teraz chciałam wierzyć, że to ona, ale w ten sposób jedynie oszukiwałam samą siebie. Kiedy zresztą zauważyłam błysk w oczach stojącej przede mną Jane, wyzbyłam się wszelakich złudzeń względem tożsamości wampira, który znajdował się tuż za mną.
– Co takiego planujesz, siostro? – zapytał cicho Alec; podobnie jak i tego bliźniaczka, nie okazywał żadnych emocji, a przynajmniej starał się zachować obojętność.
Serce zabiło mi szybciej, nieczułe na to, że usiłowałam ukryć strach. Nie wiedziałam czego spodziewałam się po Alecu, ale aż do samego końca miałam jednak nadzieję na to, że wampir okaże mi się przychylny. Wcześniej byłam nawet skłonna uwierzyć, że darzy mnie sympatią, zwłaszcza po tym, jak przyszedł ze mną porozmawiać krótko po tym, jak jego siostra się na mnie wyżyła. Wtedy wierzyłam w to, że ta dwójka jednak się od siebie różni, ale teraz wcale nie byłam tego taka pewna.
Znalazłam się między przysłowiowym młotem a kowadłem. Sama już nie byłam pewna, którego z „piekielnych bliźniąt” bardziej powinnam się obawiać; teoretycznie to Jane mogła bardziej mi zaszkodzić, ale i tak czułam się źle, nie będąc w stanie stwierdzić, co takiego robi za moimi plecami Alec. Mój instynkt samozachowawczy stanowczo protestował, ale zdecydowałam się go zignorować. Bardzo powoli obejrzałam się za siebie, jednocześnie starając się nie tracić z oczu Jane, ta jednak po prostu obserwowała mnie równie beznamiętnym wzrokiem, co do tej pory. To odkrycie sprawiło, że się zawahałam i bardziej zdecydowanie odwróciłam się, stając twarzą w twarz z Alec’iem.
A potem zamarłam.
Drugi z wampirów stał kilka metrów ode mnie, blokując wejście do jedynego korytarza, którym mogłabym próbować uciec. Natychmiast pojęłam, że znalazłam się w pułapce, jednak nie to najbardziej mnie oszołomiło. Gdyby chodziło tylko o mnie, pewnie nawet przyjęłabym taki koniec z wdzięcznością, świadoma tego, że aż do samego końca przynajmniej spróbowałam walczyć. Nie chciałam umierać, ale gdybym musiała, byłabym gotowa się z tym pogodzić, nawet jeśli bolała mnie myśl o tym, że mogłabym nigdy więcej nie zobaczyć bliskich – i to akurat wtedy, gdy dowiedziałam się o tym, że Cullenowie wciąż żyją. Tak może nawet byłoby lepiej, bo może umierając zapewniłabym im bezpieczeństwo, Kajusz bowiem nie miałby powodów, żeby ich skrzywdzić, jeśli wszystko poszłoby zgodnie z jego planem. Taka perspektywa wydawała się dobra, nawet jeśli wola życia okazała się zaskakująco silna, a ja jednak pragnęłam wierzyć w to, że wszystko potoczy się w sposób dobry dla mnie.
Z tym, że nie chodziło tylko o mnie. Zrozumiałam to w momencie, kiedy mój wzrok powędrował w stronę jeszcze jednej postaci, zastygłej w bezruchu tuż u boku Aleca, a przy tym absolutnie bezwładnej. Wzrok Demetriego był pusty, podobnie jak i wyraz twarzy. Było w tym coś przerażającego, chociaż podświadomie od samego początku spodziewałam się, że to właśnie zobaczę, kiedy zdecyduję się odwrócić. Wiedziałam, że coś jest nie tak, tylko wcześniej nie potrafiłam tego uczucia właściwie zinterpretować – albo po prostu nie chciałam, chociaż w tamtym momencie ta kwestia była akurat najmniej istotna. Najważniejsze było to, że miałam rację, a Demetriemu faktycznie groziło niebezpieczeństwo, ja zaś nie byłam w stanie w żaden sposób mu pomóc.
Imię tropiciela cisnęło mi się na usta, ale nie odważyłam się odezwać. W tamtej chwili momentalnie zrozumiałam słowa Jane i strach ścisnął mnie za gardło, kiedy dotarło do mnie, że to nie mnie wampirzyca planowała zranić. O tak, istniały rzeczy zdecydowanie gorsze niż śmierć a nawet niż największy fizyczny lub psychiczny ból, który nieśmiertelna była w stanie mi zadać. Istniało coś zdecydowanie gorszego, a ja wiedziałam o tym, bo raz już tego doświadczyłam, kiedy cały mój świat rozpadł się na mikroskopijne kawałeczki, w momencie, w którym uwierzyłam w to, że straciłam wszystkich, których naprawdę kochałam. Teraz wiedziałam, że to nieprawda, ale to nic nie znaczyło – życie było czymś naprawdę kruchym, nawet jeśli przed sobą miało się perspektywę wieczności. Nawet zabicie wampira nie było takie znów trudne, a jeśli chodziło o zadawanie cierpienia… Cóż, Jane była w tej dziedzinie prawdziwą ekspertką.
Nie, pomyślałam z przerażeniem, ale i tej myśli nie wypowiedziałam na głos. Nie mogłam okazać słabości, bo tego oczekiwała. Czekała na jakikolwiek protest z mojej strony, ja jednak nie zamierzałam dać jej satysfakcji, nagle zaczynając błagać albo zachowywać się tak, jakbym była bliska postradania zmysłów. Nie było ważne, co tak naprawdę czułam, bo to i tak nie miało ocalić nam życia. Obawiałam się, że w ten sposób jedynie sprowokuję tę małą sadystkę, a na to nie mogłam sobie pozwolić.
– Alecu – odezwała się melodyjnym głosem wampirzyca – oddaj, proszę, Demetriemu zdolność odczuwania… Och, i naturalnie głos. Wypadałby, żeby nasza droga Renesmee mogła cokolwiek usłyszeć.
Mój wzrok powędrował w stronę Aleca, ten jednak nawet na mnie nie spojrzał. Lekko spuścił oczy, po czym powoli skinął głową. Nawet jeśli miał jakiekolwiek wątpliwości, nie widział żadnych powodów, dla których miałby sprzeciwić się siostrze, która była jego jedyną rodziną. Próbowałam go zrozumieć, ale nie potrafiłam, podobnie jak i nie byłam w stanie powstrzymać gonitwy myśli od której powoli zaczynało mi się kręcić w głowie. Chciałam krzyczeć, ale powstrzymywałam się, chociaż zachowanie milczenia okazało się zaskakująco trudnym zadaniem.
Alecu, proszę…, pomyślałam, ale wiedziałam, że wampir nie zareaguje, nawet gdyby jakimś cudem był w stanie mnie usłyszeć. Nie rób tego. Chociaż raz nie rób tego, co ona ci każe…
Wampir wciąż milczał. Co prawda w którymś momencie nieznacznie uniósł wzrok i spojrzał mi w oczy, ale prawie natychmiast znów uciekł oczami gdzieś w bok, zupełnie jakby patrzenie na mnie sprawiało mu fizyczny ból. Uznałam to za dobry znak, bo może świadczyło o tym, że jednak miał jakieś uczucia, ale nie potrafiłam tego docenić, skoro to wciąż było zbyt mało, żeby mi pomógł. Co takiego było po zrozumieniu albo świadomości złych uczynków, skoro wciąż się je popełniało.
Oddech Demetriego nagle przyśpieszył, mnie zaś serce omal nie wyskoczyło z piersi, tak bardzo byłam zdenerwowana. Wampir zamrugał pośpiesznie, chociaż wciąż wydawała się niczego nie widzieć. Walczył o odzyskanie zmysłów, ale stworzona przez Aleca mgła okazała się zbyt silna i niezdolna do tego, żeby ktokolwiek był w stanie ją zwalczyć.
– Alec, pośpiesz się – odezwała się ze zniecierpliwieniem Jane. Zrobiła krok do przodu, nie odrywając wzroku od swojej przyszłej ofiary. – Mamy tylko chwilę, żeby zabawić się i ich zabić, dlatego lepiej byłoby, gdybyś…
Nie zdążyła dokończyć, bo wtedy wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Coś we mnie pękło. Bez zastanowienia rzuciłam się przed siebie, nie myśląc o tym, czy Jane będzie w stanie mnie powstrzymać. Twarz wampirzycy wykrzywił grymas, a już w następnej sekundzie moje ciało stanęło w nieistniejącym ogniu, kiedy nieśmiertelna potraktowała mnie swoimi przerażającymi zdolnościami. Krzyknęłam, po czym osunęłam się na kolana, starając się jakoś zapanować nad cierpieniem, chociaż zaskoczenie i zmęczenie sprawiły, że nie byłam do tego zdolna.
Usłyszałam warknięcie, a potem ból nagle znikł, kiedy jakaś postać rzuciła się na moją oprawczynię. Hannah pojawiła się znikąd, atakując z furią i precyzją, zupełnie jakby planowała to już wcześniej, tylko czekała na jakiś niepisany znak, który nareszcie otrzymała. Obie nieśmiertelne potoczyły się po posadzce i przez kilka sekund nie byłam w stanie rozróżnić poszczególnych postaci czy konturów, tak szybko zmieniały swoje położenie. Szanse były wyrównane, bo nawet jeśli zdążyłam zauważyć, że Jane potrafi całkiem dobrze walczyć, Hannah nadrabiała brak umiejętności siłą i szybkością stosunkowo młodej wampirzycy. Przez moment byłam nawet w stanie uwierzyć, że dziewczyna ma szanse wygrać, ale wtedy Jane dosłownie zmaterializowała się tuż za nią, chwytając moją przyjaciółkę za gardło i wykręcając jej głowę pod jakimś dziwnym, nienaturalnym kątem. Oszołomiona, natychmiast spróbowałam się podnieść, ale mięśnie odmawiały mi posłuszeństwa, poza tym naszła mnie przerażająca myśl, że i tak nie zdążę.
Krzyknęłam, chociaż to i tak nie miało nic dać. Mój wrzask odbił się echem od ścian korytarza, w jakiś dobijający sposób podkreślając moją bezradność i rozpacz.
I właśnie wtedy sytuacja po raz kolejny się zmieniła.
Demetri
Wzrok wrócił do mnie nagle, podobnie jak wszystkie inne zmysły. Od nadmiaru doznań zakręciło mi się w głowie, chociaż nie sądziłem, że w przypadku wampira coś takiego jest w ogóle możliwe. Wiedziałem, co się stało, ale chociaż w przeszłości miałem już kilka razy do czynienia z darem Aleca, chyba nigdy nie miałem przywyknąć do związanej z nagłym pozbawieniem zmysłów dezorientacji. Chyba nie istniało nic gorszego od bezradności i trwania w pustce, sam na sam z własnymi zmysłami i świadomością tego, że  każdej chwili można zostać zabitym. Brak związanego ze śmiercią bólu był swego rodzaju zaletą, ale to jedynie czyniło to doświadczenie jeszcze bardziej upiornym – niepewność czasami potrafiła być zdecydowanie gorsza, jeśli nie równoznaczna nieuniknionemu szaleństwu.
Mój wzrok natychmiast powędrował w stronę Aleca. Instynktownie zapragnąłem rzucić się w jego stronę, zanim znowu mnie obezwładni, ale coś mnie powstrzymało. Przecież nie uwolnił mnie bez powodu, poza tym…
Krzyk Renesmee odbił się echem od ścian korytarzy, całkowicie wytrącając mnie z równowagi. Natychmiast zapomniałem o Alecu i niewiele myśląc, rozejrzałem się dookoła, szukając moje ukochanej. Zobaczyłem ją, bezradnie skuloną na ziemi, ale zanim zdecydowałem się na podjęcie jakiejkolwiek decyzji, dostrzegłem walczące Jane i Hannę, i wszystko stało się dla mnie jasne. Błyskawicznie doskoczyłem do obu wampirzyc, rzucając się na małą sadystkę, dosłownie w momencie, w którym była bliska tego, żeby pozbawić jasnowłosą dziewczynę głowy.
Zderzenie dwóch nieśmiertelnych ciał, można było porównać do huku, którego narobiłyby dwa wpadające na siebie głazy. Jane syknęła gniewnie, ale tym razem nie zamierzałem dać się zaskoczyć. Atakowałem szybko, zmuszając ją do tego, żeby pozostawała w ciągłym ruchu, kiedy w pośpiechu unikała wymierzonych przeze mnie ciosów. Unikałem spoglądania w jej krwiste tęczówki, robiąc wszystko, byleby nie dać jej okazji na użycie daru; do tego musiała przynajmniej na moment się skoncentrować, a ja nie zamierzałem dać jej po temu sposobności.
Jane syknęła wściekle, coraz bardziej rozdrażniona. Bez swojego daru była niczym ślepiec bez laski, co jedynie potęgowało jej irytację. Gniew przysłaniał zdrowy rozsądek, popychając ją do atakowania mnie niemal na oślep, dokładnie tak, jakby była kolejną pozbawioną rozumu nowonarodzoną, zaledwie kilka godzin po przemianie. Taka taktyka nigdy nie przynosiła skutków, w swoim nieśmiertelnym życiu napotkałem zresztą tyle młodych wampirów, które należało zgładzić, że jeszcze jeden – nawet utalentowany – nie robił dla mnie żadnego znaczenia. Jane popełniała najgłupszy z możliwych błędów, ja zaś bez wahania to wykorzystałem, żeby bez większego problemu wykręcić jej obie ręce na plecy. Coś chrupnęło, ale nie przejąłem się tym, tylko z całej siły uderzyłem wyrywającą się nieśmiertelną o posadzkę; w kamieniu pojawiło się prawie niezauważalne pęknięcie, jeśli zaś chodziło o Jane…
– Przestań! Demetri, w tej chwili przestań! – zaoponował Alec, nagle materializując się tuż u mojego boku.
Instynktownie zamierzałem go uderzyć, ale powstrzymałem się, czując, że ciało Jane wiotczeje i osuwa się na ziemię. Zdezorientowany spojrzałem na wampirzycę, uświadamiając sobie, że jej zwykle pełne gniewu tęczówki, tym razem są całkowicie pozbawione emocji. Po prostu wpatrywała się przed siebie, a w zasadzie w przestrzeń, bo jakoś wątpiłem w to, żeby cokolwiek widziała. Nie ruszała się, nic nie mówiła, a tym bardziej nie reagowała na to, co działo się dookoła. Z niedowierzaniem uświadomiłem sobie, że to sprawka Aleca i z wrażenia aż pokręciłem głową, spoglądając na drugiego z „piekielnych bliźniąt” tak, jakby to on, a nie jego siostra, był tutaj szaleńcem.
Alec spuścił wzrok; unikał spoglądania na mnie i na bliźniaczkę, ale nie musiałem widzieć jego oczu, żeby domyśleć się, jakie targały nim emocje.
– Zostaw ją. – Niechętnie uniósł wzrok. Jego oczy błyszczały dziko. – Powstrzymam ją, ale jej nie krzywdź. Po prostu weź dziewczyny i stąd uciekajcie.
Nie miałem czasu, żeby zastanawiać się nad tym, dlaczego nam pomagał. Alec już wcześniej bywał skomplikowany, dla mnie jednak liczyło się wyłącznie to, że ostatecznie nie okazał się takim dupkiem za jakiego go uważałem. Powoli skinąłem głową, po czym odwróciłem się, żeby odszukać wzrokiem Hannę i Renesmee. Dziewczyny już zdążyły dojść do siebie po walce i teraz stały przy schodach, spoglądając na mnie wyczekująco. Natychmiast ruszyłem w ich stronę, wzdychając cicho, kiedy Renesmee rzuciła mi się w ramiona. Drżała, chociaż wiedziałem, że usiłowała jakoś nad sobą zapanować, żeby nie okazywać słabości. Jedynie pocałowałem ją w czoło i mocno chwyciłem jej przyjemnie ciepłą dłoń, podświadomie wiedząc, że moja ukochana nie zdecyduje się na to, żeby tak szybko mnie puścić.
– Wynośmy się stąd – powiedziałem cicho i tym razem pierwszy ruszyłem w stronę schodów, ciągnąc za sobą Nessie. Hannah ruszyła za nami, ale to zarejestrowałem jedynie mimochodem, zbyt skoncentrowany na tym, żeby wykluczyć inne niebezpieczne niespodzianki, które mogliśmy napotkać na drodze.
W milczeniu zbiegliśmy po schodach. Mimo wszystko wolałem się śpieszyć, woląc ufać Alec’owi jedynie w minimalnym stopniu. Jakby nie patrzeć, trochę zajęło mu podjęcie decyzji o tym, czy nam pomóc, poza tym wciąż nie mogłem wykluczyć, że był to jedynie sposób na to, żeby ocalić Jane. Wciąż czułem gniew na wspomnienie wampirzycy i jakaś cząstka mnie żałowała, że jednak nie zdecydowałem się jej zabić, ale natychmiast odrzuciłem tę myśl od siebie. To nie była pora na tak emocjonalne reagowanie na wszystko, co się działo. Teraz najważniejsze było logiczne myślenie, dokładnie tak jak podczas misji, kiedy sympatie i antypatie przestawały mieć jakiekolwiek znaczenie.
Dostanie się na parter okazało się zaskakująco prostym zadaniem, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę problemy, które na swojej drodze napotkaliśmy wcześniej. Wahałem się nad zejściem aż do samych podziemi i znalezieniem drogi do korytarza podobnego do tego, który łączył kanały z recepcją, ale rozmyśliłem się, kiedy gdzieś niebezpiecznie blisko schodów doszły nas ciche kroki. Nie zamierzałem czekać, żeby przekonać się, kogo mogliśmy tam spotkać, dlatego wciągnąłem dziewczyny w najbliższy korytarz. Tą drogą mieliśmy wrócić do przedsionka przed Salą Tronową, ale liczyłem na to, że w panującym zamieszaniu, będzie to najlepszym rozwiązaniem i uda nam się niepostrzeżenie prześlizgnąć się do recepcji, a później do ogrodów. Głównie wejście nie wchodziło w grę, bo tam mieli skierować się wszyscy inni, a my wciąż nie byliśmy pewni, gdzie znajdował się Kajusz i kto tak naprawdę stał po jego stronie. Nie miałem okazji, żeby w Sali Tronowej dokładniej skoncentrować się na walczących, zbyt oszołomiony pożarem i tym, że coś podobnego w ogóle miało miejsce w Volterze, dlatego musieliśmy zachować ostrożność.
Próbowałem kontrolować sytuację i przynajmniej częściowo określić miejsca pobytów poszczególnych strażników i samego Kajusza, ale to okazało się trudniejsze niż przypuszczałem. Łatwo było mi śledzić konkretną osobę, ale tropienie wszystkich jednocześnie okazało się niemożliwe. Czułem się tak, jakbym znalazł się w tłumie – kilkanaście świetlistych punktów, pulsujących gdzieś na granicy mojej podświadomości, mieszało się ze sobą, przez co nie byłem w stanie określić konkretnego kierunku. Ważniejsze zresztą było to, żeby koncentrować się na biegu, poza tym rozpraszała mnie Renesmee, która raz po raz przystawała albo ciągnęła mnie za rękę, kiedy tylko wyczuwała, że zaczynam zwalniać. Bała się ze mną rozdzielić, a i ja nie sądziłem, żeby spuszczanie z oczu jej i Hannah było najlepszym pomysłem. We wszystkich filmach to właśnie działając w pojedynkę, wpadało się w największe kłopoty, a sądząc po tym, co wydarzyło się na górze, coś jednak musiało w tym być.
Pokonaliśmy ostatni zakręt, wypadając wprost na korytarz przed Salą Tronową – po czym zatrzymaliśmy się, całkowicie oszołomieni tym, co mogliśmy zobaczyć. Żar płomieni uderzył w całą naszą trójkę, wzmagając już i tak ciągle obecny niepokój. Nie byłem człowiekiem, więc ciężko było mi subiektywnie określić temperaturę powietrza, ale widząc rumieńce na zwykle bladych policzkach Renesmee, łatwo zorientowałem się, jak bardzo płomienie musiały dawać się we znaki. Gęsty dym unosił się w powietrzu, ograniczając widoczność i sprawiając, że moja ukochana skrzywiła się nieznacznie, po czym przysłoniła usta ramieniem i zaczęła kaszleć.
Wystarczyła chwila, żeby zorientować się, co takiego się działo. Pożar już dawno musiał wymknąć się spod kontroli; płomienie powoli posuwały się dalej, stopniowo pochłaniając cały parter. Ogień tańczył na ścianach, co w połączeniu z dymem sprawiło, że miałem wrażenie, iż próba przedarcia się przez kolejny korytarz okaże się czystym szaleństwem. Co prawda sam byłem gotów zaryzykować, ale mając pod opieką Hannę i Renesmee…
– Zamierzasz tutaj tak stać i czekać na wybawienie? Musimy iść – Hannah dostrzegła moje wahanie. – Demetri, do cholery… – Chciała dodać coś jeszcze, ale nie miała po temu okazji.
Jak na zawołanie zesztywnieliśmy, kiedy znów doszły nas kroki. Tym razem były zdecydowanie głośniejsze, poza tym to już nie było zwyczajne spacerowe tempo – to był bieg. Jakby na potwierdzenie tej teorii, już w następnej sekundzie z korytarza, który dopiero co sami opuściliśmy, wyłoniły się dwie postacie w czarnych pelerynach. Nie widziałem tej dwójki na balu, ale sądząc po tym, jak na nas spojrzeli, raczej nie pojawili się w tym miejscu przypadkowo.
Oczy jednego z przybyszy zalśniły czystym szkarłatem, kiedy tylko nas zobaczył. To wystarczyło mi, żeby podjąć decyzję, nawet jeśli ta wciąż wydawała się idiotyczna. Jednak z drugiej strony, gdyby przymknąć oko na płomienie, nasza jedyna droga ucieczki wcale nie wyglądała tak źle…
– Biegiem – ponagliłem Hannę i Renesmee. Delikatnie popchnąłem dziewczynę do przodu, zmuszając ją do tego, żeby wraz z jasnowłosą wampirzycą pierwsza ruszyła się z miejsca. – Jestem tuż za wami – obiecałem, ale nie miałem pewności, czy zdołała usłyszeć mnie przez trzask płomieni.
Postacie w ciemnych pelerynach natychmiast ruszyły za nami, jedynie utwierdzając mnie w przekonaniu, że to my byliśmy ich celem. Nikt normalny nie zostałby w miejscu, gdzie szalał zabójczy nawet dla wampirów pożar, ale najwyraźniej dla Kajusza niektórzy byli w stanie zrobić naprawdę wiele. Nie potrafiłem im z tego powodu współczuć, co było o tyle łatwe, że żadnego z nieśmiertelnych nie znałem i nie potrafiłem określić, jak wielkim zagrożeniem mogą się okazać. Teraz liczyło się przede wszystkim to, żeby spróbować uciec i nie dać się przy tym zabić; łatwo powiedzieć, ale praktyczne wykonanie to już zupełnie inna kwestia, której nawet nie mieliśmy okazji przemyśleć.
Skoncentrowałem się na biegu i poganianiem dziewczyn. Starałem się osłaniać Renesmee i Hannę, jednocześnie koncentrując się na płomieniach, które otoczyły nas ze wszystkich stron. Poraziła mnie skala pożaru, który rozszedł się nawet nie wiadomo kiedy i powoli posuwał się dalej. Korytarz praktycznie cały stanął w płomieniach, a miejscami języki ognia lizały nawet sufit nad naszymi głowami, grożąc, że strop w każdej chwili będzie w stanie zwali się na całą naszą trójkę. Dym przysłaniał wszystko i nawet wampirze zmysły nie pozwalały mi zobaczyć wszystkiego w taki sposób, jakiego mógłbym oczekiwać. Wiedziałem jedynie, że nie wolno się nam zatrzymywać i to właśnie na tym zamierzałem się skupić.
Korytarz zaczął łagodnie skręcać. Ulżyło mi, bo to znaczyło, że recepcja była już blisko; miałem jedynie nadzieję, że przynajmniej tam płomienie jeszcze nie dotarły i że droga do ogrodu jest względnie bezpieczna. Nie miałem pojęcia, gdzie jest Felix, ale zakładałem, że wraz z Denalczykami bez większych problemów zdołał się wydostać i że czeka na nas gdzieś w okolicy. Z założenia mieliśmy spotkać się w jakimś bezpiecznym miejscu; miałem nadzieję, że nie będzie ryzykował i sam na to wpadnie, bo wtedy łatwo miałem być w stanie go odnaleźć i…
Czyjaś dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Usłyszałem krzyk Renesmee i jęk Hanny, ale nie miałem czasu sprawdzać, czy wszystko z nimi w porządku. W pośpiechu szarpnąłem się, uwalniając ramię z żelaznego uścisku. Jeden z wampirów, które nas godziły, natychmiast ponowił atak i spróbował mnie pochwycić, ale udało mi się w porę uskoczyć. Tym razem to ja chwyciłem go za rękę, po czym z wysiłkiem zdołałem posłać go na pokrytą płomieniami ścianę. Siła zderzenia wampirzego ciała i kamienia sprawiła, że cały korytarz aż zatrząsnął się w posadach; wampir zawył i natychmiast poderwał się na nogi, usiłując ugasić szatę, która zajęła się od ognia, powoli przemieniając go w żywą pochodnię – oczywiście pod warunkiem, że któregokolwiek z nas można było określić mianem „żywego”.
– Demetri! – zawołała gdzieś za moimi plecami Renesmee.
W pośpiechu odwróciłem się, chcąc nakłonić ją do tego, żeby biegła dalej i zapewnić ją, że zaraz do niej dołączę, ale nie miałem po temu okazji. Krzyk Nessie to nie był po prostu wrzask pod wpływem impulsu, ale ostrzeżenie – ostrzeżenie, które zrozumiałem zbyt późno.
Z ogłuszającym hukiem sufit – osłabiony przez pożar i uderzenie ciała wampira, którego znokautowałem – ostatecznie stracił oparcie. Kamienne odłamki runęły na ziemię, wywołując jeszcze większe zamieszanie. Instynktownie rzuciłem się w stronę Renesmee, w porę odpychając ją na bok; usłyszałem jej jęk, kiedy upadła, ale prawie natychmiast moja uwaga została rozproszona, musiałem bowiem zdecydować się na szybki unik. Poderwałem się na nogi i odskoczyłem do tyłu, dosłownie na ułamek sekundy przed tym, jak reszta sufitu zderzyła się z ziemią. Kamień i drewno zablokowały korytarz, tworząc na samym środku prowizoryczną ścianę, której w żaden sposób nie byłem w stanie ominąć.
Minęła dłuższa chwila, zanim sytuacja się uspokoiła. W powietrzu wciąż unosił się pył, równie drażniący co dym, ale dla mnie całkowicie obojętny. Gdzieś po drugiej stronie barykady usłyszałem kaszel, dźwięk ten zaś sprawił, że kamień spadł z mojego od wieków martwego serca.
– Dem?! – Nessie wciąż się krztusiła, ale przynajmniej zdołała się odezwać. – Och, Demetri! – powtórzyła i chyba uderzyła pięściami o dzielącą nas przeszkodę, bo coś zachrobotało, ale poza tym sterta gruzu ani drgnęła.
– Nic mi nie jest – zapewniłem ją. Gdyby nie sytuacja, byłbym nawet rozbawiony tym, że to właśnie ona się o mnie martwiła. – Biegnijcie z Hanną dalej. Zaraz znajdę sposób, żeby się stąd wydostać, ale wy musicie uciekać.
Usłyszałem, jak moja ukochana gwałtownie nabiera powietrza do płuc.
– Żartujesz sobie? Nie zostawię cię! – zaoponowała z determinacją, którą tak uwielbiałem, a która teraz jedynie niepotrzebnie mnie dręczyła. – Poczekaj, ja…
– Nie – przerwałem jej stanowczo. – Renesmee, proszę. Musisz stąd uciekać – powtórzyłem.
Jeszcze mówiąc, uważnie krążyłem wzdłuż blokady, próbując znaleźć jakikolwiek słaby punkt w jej strukturze. Niestety, wydawała się wręcz niemożliwe solidna; dostrzegłem jedynie kilka szczelin, a w jednej z nich – chyba największej – mignęło mi czekoladowe oko Renesmee.
– Kocham cię. Dlatego proszę cię, żebyś mi zaufała – poprosiłem raz jeszcze, kiedy milczenie zaczęło się przeciągać.
Nie zamierzałem czekać aż dziewczyna mi odpowie. Z ciężkim sercem odwróciłem się do przeszkody plecami, spoglądając na to, co znajdowało się za mną. Mój wcześniejszy przeciwnik zdążył już ugasić ubranie i teraz wraz z tym drugim nieśmiertelnym powoli zbliżali się do mnie. Powinienem był czuć strach, ale tak naprawdę nie czułem niczego.
Pierwszy raz mogłem zrobić coś dla tych, których kochałem. I to było dobre. 
Udało mi się dodać rozdział, co bardzo mnie cieszy. Brak czasu jest dobijający, dlatego z tym większym utęsknieniem wypatruję nadchodzących świąt, kiedy nareszcie będę mogła pozwolić sobie na chwilę wytchnienia. Pisanie jest teraz sporym wyzwaniem, ale postaram się jeszcze przed nowym rokiem dodać ostatni rozdział tej księgi, a później epilog, chciałabym bowiem, żeby dokładnie 1 stycznia pojawił się tutaj prolog kolejnej części. Mam nadzieję, że mi się to uda, ale jak będzie – czas pokaże.
Kochani, zachwycacie mnie coraz bardziej. Chciałabym zwłaszcza podziękować Katherine B., która tak bardzo niecierpliwiła się, czekając na ten rozdział. Bardzo ci za to dziękuję i mam nadzieję, że cię nie zawiodłam.
Do napisania – miejmy nadzieję, że wkrótce,

Nessa.

After We Fall
stories by Nessa