Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA III: „Ukojenie”. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą KSIĘGA III: „Ukojenie”. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 listopada 2016

Podziękowania

Dlaczego dzisiaj? Sama nie mam pojęcia. Po prostu musiałam – póki wypełnia mnie wena, tym bardziej, że przez te wszystkie lata miałam w głowie to, jak będzie wyglądał ostateczny epilog. I jestem z niego naprawdę zadowolona, chociaż podejrzewam, że część z Was przynajmniej zaskoczy swoją… prostotą. Ale hej, tak miało być od początku – na swój sposób doskonałe zakończenie trylogii, która pomimo tak dużej dawki cierpienia w tle, pozostaje ni mniej, ni więcej, ale po prostu bajką.
Nie do końca dociera do mnie to, że po tak długim czasie, piszę tutaj po raz ostatni. Przechodziłam przez to wielokrotnie, kończąc kolejne księgi, ale uczucie samo w sobie jest wyjątkowe – a świadomość zakończenia całości, przebija wszystko inne. Wczoraj dobrnęłam do epilogu kolejnej części „Zagubionych w czasie”, a dzisiaj do definitywnego końca tej opowieści. Całkiem sporo zakończeń jak na początek tygodnia, ale… Chyba jestem z tego zadowolona. Tym bardziej, że do tego opowiadania od zawsze miałam wielki sentyment i to nawet wtedy, kiedy zaczynało brakować mi siły i pomimo tego, że miałam gotowy plan, nie wiedziałam w jaki sposób zabrać się za pisanie kolejnego rozdziału.
Dziękuję Wam za te trzy i pół roku, bo aż tyle czasu zajęło napisanie całej tej trylogii – opowiadania, którego zarys powstał w zaledwie jeden wieczór i które jest chyba jedną z nielicznych moich historii, gdzie koncepcja w trakcie pisania nie uległa zmianie. Trudno mi stwierdzić, czy podołałam wszystkiemu tak, jak pierwotnie sobie założyłam – ocenę tak czy inaczej pozostawiam Wam – ale mogę chyba pokusić się o stwierdzenie, że skoro jestem tutaj, zrobiłam wszystko tak, jak powinnam. Przynajmniej po części.
Nie przedłużając, pozwolę sobie przejść do części właściwej.
Guśce – za wszystko, bo jesteś ze mną tyle czasu i to nie tylko tutaj. Pozytywnych słów właściwie nie zliczę, wsparcia również. Wiem jedynie, że ma to dla mnie olbrzymie znaczenie, bo nabrałam pewności, że to opowiadanie jest dobre. Mam tylko nadzieję, że nie zawaliłam końcówki! A najwyżej prędzej czy później dostanę pretensje przez telefon…
Gabi – bo mam cię odkąd tylko sięgam pamięcią. I zawsze się uśmiecham, kiedy po czasie wpadasz z komentarzami, ciepłymi słowami i (nie raz) groźbami pod moim adresem. To lepsze, niż gdybyś miała zostawiać mi pod każdą notką lakoniczny komentarz na który nie masz weny, więc rób tak dalej – wiesz, że mnie nigdy nie zależało na tym, żeby ktokolwiek był na bieżąco. Wystarczy, że mam przyjaciółkę.
Kasi Bogdańskiej – która jest ze mną od pierwszej księgi. Niezmiennie rozbrajasz mnie swoimi uwagami i tym, że nigdy nie mam pewności, które Twoje słowa są na poważnie, a kiedy żartujesz. Dziękuję również za to, że pomogłaś mi zweryfikować, że wszystko to, co napisałam, pod względem emocji miało sens, chociaż zdecydowanie nie w ten sposób wyobrażałam sobie to zrobić.
Wielkie podziękowania należą się również dla Karoliny K.cocount.jpgMadzialenyAinslie Greengrassjelonkowi… Zapomniałam o kimś, prawda? Przepraszam, ale się trzęsę. Dziękuję każdemu, kto kiedykolwiek tutaj zajrzał, skomentował, przeczytał – cokolwiek, bo wiem, że wiele osób nie ujawniło swojej obecności.
Dziękuję również Tobie, jeśli tutaj dotarłeś – nieważne kiedy i jak długo ten blog stoi już zakończony.
Nie wiem, co jeszcze mogłabym dodać. Nie kończę z pisaniem, ale to Ci, którzy mnie znajdą, doskonale wiedzą. Aktualne wpisy wciąż można znaleźć na blogach z mojego profilu albo zakładki Inne (prawa kolumna).
Dodam w tajemnicy, że jeśli dobrze pójdzie, wkrótce ruszę z czymś nowym – innym, krótszym niż zazwyczaj i, mam nadzieję, wyjątkowym. Czas pokaże, ale jeśli nadejdzie ten moment, na pewno poinformuję. Z tego powodu zapraszam do obserwowania mojego bloga autorskiego, gdzie pojawiają się wszystkie niezbędne informacje: after-we-fall.
Cóż, na tę chwilę to wszystko. Wciąż mam włączone powiadomienia, widzę komentarze, a o blogu nie zapominam, więc piszcie śmiało. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu chciałby się ze mną skontaktować, to zapraszam: GG: 4053520 i e-male: justyna1062@op.pl. Na tę chwilę się żegnam i…
O, tak, będę pamiętać.
Zawsze.

Epilog

Renesmee
Wielokrotnie słyszałam, że czas leczy rany – zmienia wszystko, nawet wtedy, gdy na pierwszy rzut oka wydaje się to niemożliwe. Coś w tym jest, chociaż dopiero doświadczając takiego stanu rzeczy, łatwiej to sobie uświadomić, z kolei ten stan nie zawsze idzie w parze z zapomnieniem. Chyba nawet nie chciałabym odciąć się od przeszłości, pełnej w równym stopniu złych, co i dobrych chwil. Tak było chociażby w przypadku Jacoba oraz ulgi, którą zaczęłam odczuwać, w miarę jak pustka i ból z wolna zaczęły ustępować wrażeniu, że jednak robiłam wszystko, byleby spełnić jego ostatnie życzenie.
Bądź szczęśliwa…
Nie byłam pewna, jak wiele razy jego słowa powracały do mnie, najczęściej w chwilach, w którym byłam bliska tego, żeby doświadczyć wątpliwości. W chwili, w której usłyszałam je po raz pierwszy, taka perspektywa była dla mnie czymś nie do wyobrażenia, ale również to uległo zmianie, a ja mimo obaw nie miałam z tego powodu wyrzutów sumienia. On tego chciał, tak? Od samego początku dążył tylko i wyłącznie do tego, bo na tym właśnie polegało wpojenie – nie tylko na miłości, ale zapewnieniu swojej wybrance wszystkiego, co najlepsze. W jego przypadku pragnienie to okazało się aż tak silne, że się dla mnie poświęcił, chociaż nigdy tak naprawdę tego nie oczekiwałam. Wciąż nie chciałam, pomimo tego, że od dawna było za późno, żeby cokolwiek zmienić.
Ukojenie przyszło z czasem, nie tylko za sprawą zrozumienia, ale pewnych nowych okoliczności. Miałam Demetriego i to sprawiało, że czułam się bezpieczna, zwłaszcza kiedy przekonałam się, że moja rodzina nie próbuje odwodzić mnie od decyzji, którą podjęłam z chwilą, w której przyjęłam oświadczyny tropiciela. Co prawda Rose wciąż wywracała oczami, ale nie była aż tak złośliwa, jak na samym początku, kiedy to jasno dawała mi do zrozumienia, że popełniłam błąd. Nasze relacje niemalże wróciły do normy, zresztą uwagę mojej ciotki pochłaniało zupełnie coś innego, co najpewniej sprawiłoby, że bez szemrania zaakceptowałaby na miejscu mojego męża dosłownie każdego.
Wciąż nie docierało do mnie to, że złe rzeczy tak po prostu odeszły w zapomnienie – koszmar się skończył, a Rosa i Kajusz byli martwi, więcej nie będąc w stanie nam zaszkodzić. Chwilami wciąż miałam wrażenie, że to tylko pozory i wszystko powróci, jeśli tylko pozwolę sobie na nieuwagę, ale stopniowo zaczynałam przywykać do myśli o względnie normalnym życiu. Próbowałam oswoić się z rodziną i tym, że wszyscy musieliśmy poukładać sobie nowe życie w innym domu, tym razem na Alasce, bowiem czas spędzony w towarzystwie Denalczyków sprawił, że moja rodzina zaczęła szukać jakiegoś miejsca w pobliżu. Nie miałam nic przeciwko, tym bardziej, że przynajmniej tymczasowo ani ja, ani Demetri nie mieliśmy większego wyboru, jak tylko spróbować dostosować się do takie stanu rzecz. Czas na wspólne mieszkanie i układanie życia po swojemu miał przyjść dopiero później, zresztą całą sobą aż garnęłam się do tego, żeby spędzać czas z rodziną – nabrać pewności, że naprawdę miałam ich przy sobie i ponownie poczuć się choć odrobinę stabilniej.
Nie miałam pewności, co tak naprawdę działo się w Volterze. Z plotek, które otrzymywaliśmy, wynikało, że Aro wrócił do miasta, próbując odbudowywać potęgę, którą mógł cieszyć się przed wydarzeniami z balu, ale szło mu to opornie. Straż wykruszyła się, a ci, którzy pozostali mu wierni, stanowili niepokojąco małą grupę w porównaniu z tą, którą mógł cieszyć się kiedyś. Był jeszcze Marek, który jednak zdecydował się wrócić do twierdzy, ale to wciąż nie był ten sam, silny ród, który przez całe wieki rządził światem wampirów. Wszystko wskazywało na to, że w polityce nieśmiertelnych szykowały się zmiany i że Volturi również potrzebowali czasu, ale wolałam nie zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę to oznacza. W gruncie rzeczy żadnego z nas to nie interesowało – nie po tym wszystkim, co miało miejsce. Sama chciałam tylko spokoju i trzymania się z daleka od spraw, które nigdy tak naprawdę nie powinny zostać powiązane z naszą rodziną.
Nie miałam pojęcia, czy Aro to rozumiał, ale wszyscy zamierzaliśmy cieszyć się spokojem tak długo, jak tylko miało być to możliwe.
Demetri nie żałował, a przynajmniej miałam takie wrażenie czy to podczas naszych rozmów, czy mogąc swobodnie go obserwować. Początkowo miałam wątpliwości co do tego, czy ktoś, kto przez całe wieki trwał w straży, wypełniając polecenia i respektując prawo, odnajdzie się w nowej sytuacji, ale z czasem zaczęłam oswajać się z myślą o tym, że wszystko jest w porządku. Pokazałam mu coś nowego – a on to przyjął, trwając przy mnie i sprawiając wrażenie zafascynowanego możliwościami życia, które składało się na coś bardziej złożonego, aniżeli ślepe oddanie i niesienie śmierci tym, którzy podobno na nią zasłużyli.
Hannah i Felix zniknęli na całe tygodnie, tym samym omal nie przyprawiając mnie o zwał serca. Myślałam, że zabiję oboje, kiedy pewnego dnia tak po prostu zdecydowali się pojawić – a już zwłaszcza jego, bo wraz z Demetrim przeżyliśmy niemały szok, kiedy zadowolony z siebie wampir tak po prostu pojawił się w domu. Moja przyjaciółka nawet słowem nie wspomniała mi na temat tego, co przez ten czas zaszło pomiędzy nimi, ale jakiekolwiek wyjaśnienia wydały mi się zbędne. Miałam wrażenie, że promieniała – pierwszy raz od dawna, zresztą tak jak i Felix, bo żadne z nich już nie kryło się z tym, że mieli się ku sobie. To również przyniosło mi ulgę, będąc niczym żywy dowód na to, że po ciągnącym się w nieskończoność okresie nieszczęść, których doświadczaliśmy niemalże na każdym kroku, w końcu przyszła pora na spokój.
W końcu odnaleźliśmy ukojenie, chociaż nie sądziłam, że to kiedykolwiek okaże się możliwe.
Mala odeszła kilka dni po tym, jak zadecydowaliśmy o wyprowadzce. Od samego początku była cicha, trzymając się na uboczu i wydając męczyć z koniecznością obserwowania tego, jak stopniowo budowaliśmy nasze rodzinne relacje. Nie chciała podziękowań ani pomocy, chociaż wszyscy byliśmy jej wdzięczni w stopniu wystarczającym, bym doszła do wniosku, że zaciągniętego u dziewczyny długo żadne z nas przez długie lata nie będzie w stanie spłacić. Wciąż zastanawiałam się nad tym, co się z nią działo, czy dołączyła do rodzeństwa i czy jakoś sobie radziła, ale nie miałam jak znaleźć odpowiedzi na którekolwiek z tych pytań. Pozostawała mi tylko wiara, bo skoro nam wszystkim zostało dane coś, co pomimo strat mogłam chyba określić mianem „dobrego zakończenia”, Mala tym bardziej na takie zasłużyła.
Alice cieszyła się jak dziecko, kiedy dowiedziała się o ślubie, a ja nie miałam serca wnikać w plany, które z takim zaangażowaniem zaczęła snuć. Chociaż nigdy nie przepadałam za byciem w centrum uwagi, po całym tym szaleństwie doszłam do wniosku, że jest mi tak naprawdę wszystko jedno. Zabawne, ale chyba w jakimś stopniu nawet tego chciałam – uroczystości z rozmachem, pełnej osób, które miały dla mnie znaczenie i których bliskość ostatecznie utwierdziłaby mnie w przekonaniu, że wszystko wróciło na swoje miejsce. Chciałam się zabawić, choć przez jeden wieczór naprawdę lśnić i tym samym odciąć się od tego, co złe. To było jak otwieranie nowego rozdziału – swoisty epilog, który miał zakończyć wcześniejszy okres, bym bez cienia wahania mogła wejść w kolejny, najpewniej lepszy.
Cóż, prawda była taka, że oboje z Demetrim już to zrobiliśmy – jeszcze wtedy, w tamtej celi, kiedy bez chwili wahania zdecydowałam oddać mu się w ten szczególny sposób – chociaż wtedy żadne z nas nie zdawało sobie z tego sprawy. Zawsze zdawałam sobie sprawę z tego, że każda decyzja ma swoje konsekwencje – mniej lub bardziej poważne – ale nawet pomimo tej wiedzy, doznałam niemałego szoku, kiedy przyszło mi odkryć jedną z nich.
Cokolwiek by się nie działo, teraz czułam się szczęśliwa.
Pokój, który tymczasowo zajmowaliśmy, był duży, ale przytulny. Podobał mi się, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że z czasem sypialnia okaże się niewystarczająca, zważywszy na nowe okoliczności. Myślami wciąż byłam przy zmianach i tym, co miały przynieść najbliższe tygodnie – jakże kluczowe, chociażby przez wzgląd na ślub, który dopiero miał się odbyć. Wiedziałam, że gdyby nie okoliczności i to, że Carlisle w znacznym stopniu przygasił entuzjazm Alice, jasno dając jej do zrozumienia, że nadmiar emocji w moim przypadku przynajmniej tymczasowo nie wchodził w grę, wampirzyca już dawno zorganizowałaby nam imprezę, której nie powstydziłaby się niejedna gwiazda.
Czekanie mi nie przeszkadzało, wręcz sprawiając, że czułam się coraz bardziej pewnie. Całą sobą chłonęłam to, co aktualnie działo się wokół mnie, począwszy od jakże upragnionego spokoju, aż po przyjemne oczekiwanie, które towarzyszyło mi w tym szczególnym okresie. To jak na razie wystarczyło, a ja nie potrzebowałam papierka i obrączki na palcu, żeby uprzytomnić sobie, czyja tak naprawdę byłam.
Usłyszałam śmiechy, więc bez większego pośpiechu podeszłam do przysłoniętego okna. Pierwszym, co uderzyło mnie po wyjrzeniu na zewnątrz, była wszechogarniająca biel – wirujące płatki śniegu i warstwa białego puchu, która przysłoniła podjazd. Ledwo powstrzymałam się od wywrócenia oczami, bez trudu dostrzegając wyraźnie z siebie zadowoloną Hannę, czającą się pomiędzy rosnącymi w pobliżu drzewami. W dłoni ściskała ni mniej, ni więcej, ale starannie ulepioną, świeżą śnieżkę, wyraźnie planując zamierzyć się na niczego niespodziewającego się Felixa.
Czasami naprawdę zachowywali się jak dzieci.
Uśmiechnęłam się, po czym – nie mogąc się powstrzymać – uchyliłam okno, by móc bardziej zdecydowanie wychylić się na zewnątrz. Już samo to wystarczyło, żebym zwróciła na siebie uwagę wampira, ale dla lepszego efektu i tak zdecydowałam się odezwać:
– Hej, Felutek!
Rzucił mi poirytowane spojrzenie, zresztą jak zawsze, kiedy używałam tego skrótu. Zauważyłam, że otworzył usta, najpewniej zamierzając mi odpowiedzieć albo przynajmniej warknąć, ale zanim zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję, wymierzona przez Hannę śnieżna kula zdążyła przeciąć powietrze i sięgnąć celu, uderzając go w sam środek pleców.
Widziałam, jak przez twarz Felixa przechodzi cień, a on sam krzywi się, przez ułamek sekundy sprawiając wrażenie kogoś, kto najchętniej dokonałby mordu. Coś w wyrazie jego twarzy mnie rozbawił, zresztą tak jak i Hannę, która wybuchła energicznym, zdradzającym zadowolenie z siebie śmiechem. Wampir zaklął, po czym rzucił mi urażone spojrzenie, tym samym jednoznacznie dając mi do zrozumienia, co o całej tej sytuacji myślał.
– To nie fair! – żachnął się, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Kobieta solidarność, tak Ness? – zapytał z powątpiewaniem, a ja mimowolnie znowu się uśmiechnęłam.
– Hm… Tak trochę – przyznałam, a stojąca za plecami Felixa Hannah, posłała mi czarujący uśmiech.
– Nie słuchaj go – zasugerowała pogodnym tonem. – Ma słaby refleks i szuka wymówki – dodała i prawie natychmiast musiała rzucić się do ucieczki, bo wampir błyskawicznie odwrócił się w jej stronę, bez chwili wahania skacząc prze siebie i najwyraźniej zamierzając powalić ją na ziemię.
Obserwowałam ich jeszcze przez kilka minut, obojętna na chłód. Naprawdę zachowywali się jak para niewinnych dzieciaków, najwyraźniej planując stoczyć ze sobą nawzajem całą wojnę, pełną wyzwisk i latających we wszystkich stron śnieżek. O tak, to jak najbardziej wydawało się być w ich stylu, ale za to właśnie tak bardzo tę dwójkę uwielbiałam – bo w jednej chwili potrafili gruchać sobie jak te dwa gołąbki, a w następnej zachowywać jak zawzięte, drażniące siebie nawzajem rodzeństwo.
Nie miałam pewności, jak długo tak naprawdę to trwało. Wycofałam się dopiero w chwili, w której oboje przypomnieli sobie o mojej obecności i zawali sojusz, próbując wykorzystać moją nieuwagę, by obsypać mnie śniegiem. W porę zdołałam zatrzasnąć okno i wycofać się w głąb sypialni, wciąż świadoma ich śmiechów i tego, że kilkukrotnie wykrzyczeli moje imię.
Zadrżałam mimowolnie, dopiero w tamtej chwili uprzytomniając sobie, jak bardzo chłód dawał mi się we znaki. Wciąż nie byłam w stanie przywyknąć do tego, jak bardzo w ostatnim czasie kruche pozostawało moje ciało. Od zawsze miałam w sobie cząstkę człowieka, również po ukąszeniu przez Kajusza, które uwypukliło moją wampirzą naturę, ale pomimo tej wiedzy, nigdy nie czułam się aż do tego stopnia nieporadna i delikatna.
Nie wyczułam ruchu ani niczego, co świadczyłoby o czyjejkolwiek obecności, przez co omal nie wyszłam z siebie, kiedy para lodowatych dłoni wylądowała na moich biodrach. Błyskawicznie okręciłam się, niejako wpadając Demetriemu w ramiona. Chciałam na niego warknąć, ale powstrzymał mnie nieco cyniczny, olśniewający uśmiech, który mi posłał, tym samym niejako przepraszając za to, że mógłby mnie wystarczyć. Zwłaszcza teraz starał się mnie nie denerwować, choć naturalnie nie zawsze mu to wychodziło.
– Hej – rzucił, a ja prychnęłam, bezskutecznie próbując sprawiać wrażenia urażonej.
Nawet jeśli byłam na dobrej drodze do tego, żeby mi uwierzył, wystarczyło, by bardziej stanowczo przyciągnął mnie do siebie, bym znalazła się na przegranej pozycji. Odchyliłam głowę, nie będąc w stanie powstrzymać się przed pozwoleniem mu na to, żeby musnął wargami moje usta, składając na nich krótki, ale za to wystarczająco zdecydowany pocałunek. Odwzajemniłam mu się bez chwili wahania, początkowo nawet nie reagując na to, że z wprawą wziął mnie na ręce.
– Nie musisz tego robić – przypomniałam mu, machinalnie obejmując go za szyję.
Wywrócił oczami.
– Wiem. Ale mogę – zauważył ze spokojem, a ja parsknęłam śmiechem. Och, tak, oczywiście – to była jego wymówka na wszystko. – Ach… Nie wiem czy bardziej mnie bawią, czy może jednak są żałośni – stwierdził po chwili wahania, wymownie spoglądając w okno.
– Zakochani – poprawiłam go machinalnie.
Rzucił mi niemalże kpiarskie spojrzenie.
– Ja też – przypomniał mi usłużnie. – A jednak nie czuję potrzeby, żeby wytarzać cię teraz w śniegu, wiesz?
– Obawiam się, że to oznacza, że jednak mnie nie kochasz – zarzuciłam mu, raptownie poważniejąc.
Nawet nie mrugnął, aż nazbyt dobrze zdając sobie sprawę z tego, że sobie z niego żartowałam. Zamierzałam się uśmiechną, by dla pewności to podkreślić, ale powstrzymał mnie, nagle przesuwając się bliżej okna.
– Możemy nadrobić, jeśli tego sobie życzysz – zapowiedział, a mnie serce omal nie wyskoczyło z piersi. – Trochę chłodu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a może przy okazji się zahartujesz, więc…
– Demetri! – jęknęłam, bo przez moment byłam gotowa przysiąc, że faktycznie zamierzał posunąć się aż tak daleko.
Uśmiechnął się niewinnie, ale przynajmniej przystanął. Raz jeszcze wyjrzałam na zewnątrz, tym razem nie tyle szukając Hannah i Felixa, ale z obawy przed tym, co mojemu przyszłemu mężowi mogło chodzić po głowie. Chwilami obchodził się ze mną jak z jajkiem, ale nie aż do tego stopnia, żeby darować sobie zabawę, jeśli tylko nabrałby pewności, że mi tym nie zaszkodzi.
Wciąż o tym myślałam, kiedy wampir przeniósł ciężar mojego ciała na jedno ramię, by swobodnie móc ułożyć uwolnioną w ten sposób rękę na moim zaokrąglonym już w znacznym stopniu brzuchu. W pierwszym odruchu wzdrygnęłam się, ale prawie natychmiast na moich ustach pojawił się uśmiech, zwłaszcza kiedy wyczułam z jaką czułością i zainteresowaniem przypatrywał się jednoznacznemu dowodowi na to, że nosiłam pod sercem dziecko.
Jeśli wierzyć Carlisle’owi, wciąż mieliśmy przynajmniej dwa tygodnie. Ciąża nie była aż tak spektakularna i szybka, jak w przypadku mojej mamy, co oboje przyjęliśmy z ulgą, mogąc ze spokojem cieszyć się każdym dniem, zamiast z niepokojem obserwować, jak rozwijająca się wewnątrz mnie istotka zaczyna okazywać coraz więcej siły, tym samym nieświadomie wyrządzając mi krzywdę. Czułam się wyjątkowo, chociaż chwilami wciąż nie docierało do mnie to, że za jakiś czas miałam tak po prostu wydać na świat dziecko.
– W porządku? – usłyszałam i to wystarczyło, żebym z satysfakcją przyjrzała się obejmującemu mnie mężczyźnie.
– Obie jesteśmy szczęśliwe – stwierdziłam z przekonaniem.
Skinął głową, wyraźnie takimi wyjaśnieniami usatysfakcjonowany. Teraz byliśmy we dwójkę, ale za jakiś czas…
Chociaż ona była we mnie już teraz, wyczekiwana w sposób, o którym kiedyś mogłam tylko pomarzyć. Jakoś nie miałam wątpliwości co do tego, że nasza malutka Lilia od samego początku miała podbić serca nie tylko nasze, ale wszystkich wokół.
Sądząc po zachowaniu moich najbliższych, już teraz traktowali ją jak oczko w głowie, może nawet lepiej ode mnie.
Zamknęłam oczy, z ulgą podając się kolejnemu pocałunkowi, który Demetri złożył na moich ustach.
Trwające przez całe miesiące maskarada nareszcie dobiegła końca.

poniedziałek, 31 października 2016

30. Ukojenie

Hannah
Odwracam się, sama niepewna tego, co właśnie się dzieje. A potem już tylko stoję i bezmyślnie wpatruję się w to, co ma miejsce na moich oczach. Oszołomienie narasta, przez co przez następne sekundy (albo wieczność – nie mam pewności) nie jestem w stanie zmusić się do jakiejkolwiek formy działania. Spoglądam i nie wierzę, ogarnięta wrażeniem, że właśnie padłam ofiarą jakiegoś cholernego żartu, za który zdecydowanie powinnam kogoś zabić.
To nie jest możliwe, żeby właśnie on tak po prostu przede mną stał. Powtarzam to sobie niczym mantrę, za wszelką cenę odrzucając od siebie jakiekolwiek oznaki nadziei. Nie, nie, nie, myślę gorączkowo, próbując znaleźć jakieś sensowne, bardziej prawdopodobne wytłumaczenie takiego stanu rzeczy. Przecież widziałam, tak? W ostatnim czasie tak często mam przed oczami moment, w którym Felix i tamten wampir znikają mi z oczu, wpadając prosto w płomienie, że nie jestem w stanie wyrzucić go z głowy. To się stało, tak po prostu, podczas gdy ja nie byłam w stanie nic zrobić – już wtedy, a więc tym bardziej teraz, kiedy…
Nic już nie rozumiem. Mrugam pośpiesznie, usiłując za wszelką cenę nad sobą zapanować, ale wszystko wskazuje na to, że albo całkiem już oszalałam, albo… Och, nie chcę o tym myśleć, zbyt przerażona konsekwencjami tego, co mogłoby się wydarzyć, gdybym zaakceptowała nasuwającą mi się myśl – to, że mogłabym się pomylić. I że on jest prawdziwy, za co jeszcze chwilę wcześniej oddałabym dosłownie wszystko.
– Hannah? – odzywa się ponownie, a ja drżę, coraz bardziej rozdarta i niespokojna.
Łagodnie wypowiada moje imię, za wszelką cenę próbując zwrócić moją uwagę. Jakby w ogóle musiał to robić! Już i tak przypatruję mu się tępo, za wszelką cenę usiłując pojąc, czego tak naprawdę powinnam się po nim spodziewać. Czy zniknie, kiedy tylko spróbuję się do niego zbliżyć? Być może i jakoś nie mam ochoty tego sprawdzać. Wolę go obserwować, zresztą i tak nie mam siły na to, żeby zdobyć się na cokolwiek więcej. Pragnę… jakiegoś dowodu – czegokolwiek, co wyda mi się realne, ale jednocześnie zbytnio przeraża mnie perspektywa tego, z czym może się to wiązać.
Powinnam się ruszyć albo przynajmniej spróbować coś powiedzieć, ale i na to nie potrafię się zdobyć. Jestem jak sparaliżowana, zbyt oszołomiona sytuacją i widokiem kogoś, o kim sądzę, że powinien być martwy. „Jak?” – ciśnie mi się na usta, ale zadanie tego pytania oznaczałoby, że wierzę, iż on w rzeczywistości stoi naprzeciwko mnie. Mam mętlik w głowie, w dłoni wciąż ściskam zapalniczkę, a to wszystko…
Nie mam pojęcia, co i w którym momencie tak naprawdę ulega zmianie. Do tej pory po prostu drżałam, chociaż wciąż staram się zapanować nad tym odruchem, szukając sensownego wytłumaczenia tego, co dzieje się na moich oczach. Dopiero po dłuższej chwili zaczynam pojmować, że może jednak moje zmysły nie są aż tak przytępione, jak do tej pory sądziłam. Może powinnam spróbować im zaufać i zaakceptować to, co widzę – to, że on stoi naprzeciwko mnie, jak najbardziej prawdziwy. Ale skoro tak jest, dlaczego…?
Zapalniczka wyślizguje się spomiędzy moich palców, po czym prawie bezszelestnie ląduje w śniegu. Właściwie nie jestem tego świadoma, tak jak i mojego absolutnie zbędnego, nienaturalnie przyśpieszonego oddechu. Szok, w którym dotychczas trwałam, nagle schodzi na dalszy plan, a mnie ostatecznie puszczają nerwy. Już nie trwam w oszołomieniu, ale gniewie – złości tak silnej, że na dłuższą chwilę wydaje się przysłaniać wszystko inne, rozbudzając we mnie emocje i pragnienia, o które bym się nie spodziewała.
– Ty… – wycedzam przez zaciśnięte zęby.
Mam wrażenie, że Felix nie jest świadom tego, co dzieje się w moim wnętrzu i co tak naprawdę przeżywam od całych godzin. Wpatruje się we mnie z uwagą, chyba nawet zdezorientowany tym, że do tej pory nie skoczyłam na niego z radosnym uśmiechem i zapewnieniem, że doskonale go widzieć. Kiedy kąciki jego ust unoszą się w zachęcający sposób ostatecznie dochodzę do wniosku, że mam dość – i że najpewniej mam przed sobą największego kretyna, jakiego ta ziemia nosi.
Skaczę do przodu, nim w ogóle udaje mi się zastanowić nad tym, co i dlaczego robię. Błyskawicznie pokonuję dzielącą nas odległość, jedynie cudem będąc w stanie zatrzymać się tuż przed nim, zamiast z impetem wpaść na jego tors tak, byśmy oboje upadli na ziemię. Mam inny plan, co daję mu do zrozumienia z chwilą, w której biorę zamach, by w następnej sekundzie z całej siły przyłożyć mu zwiniętą pięścią w sam środek twarzy. To wystarczy, żebym za jednym zamachem osiągnęła dwie rzeczy – jednak upewniła się, że mam do czynienia z prawdziwym, względnie żywym Felixem i przy okazji starła ten cholernie irytujący mnie w tym momencie uśmieszek. Jak on może w ogóle cieszyć się z tego, że przez ostatnią dobę wypłakuję sobie oczy i odchodzę od zmysłów?
Liczę się z tym, że atakowanie kogoś, kto całe lata spędził w Volterze, może nie być najrozsądniejszym wyjściem, ale w tamtej chwili mnie to nie interesuje. Udaje mi się go zaskoczyć, bo nawet nie broni się przede mną, w zamian zataczając do tyłu i wyrzucając z siebie całą wiązankę przekleństw. Bardzo to wyszukane, myślę i wciąż zaciskam dłoń w pięść, gotowa przyłożyć mu raz jeszcze. Czuję satysfakcję, wiedząc, że jest prawdziwy, że nie zwariowałam i słysząc przypominający zderzenie dwóch kamieni dźwięk, dobitnie świadczący o tym, że osiągnęłam celu. Wciąż się trzęsę, aż rwąc do kolejnych uderzeń i nakopania mu do tyłka – ot tak dla zasady, żeby dotarło do niego, że nigdy więcej nie powinien zwodzić mnie w ten sposób.
Wampir podrywa głowę, po czym w pośpiechu cofa się o kilku kroków, dostrzegłszy mój zacięty wyraz twarz. Mam ochotę wywrócić oczami w odpowiedzi na jego reakcję, co najmniej porażona tym, jak niewiele potrzeba, by kogoś o tak pokaźnej posturze zmusić do ucieczki. Chyba jestem rozczarowana, choć zarazem nierealną wydaje mi się myśl, że akurat Felix mógłby spróbować mnie zaatakować. Jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy całe to szaleństwo dopiero się zaczynało, może nawet uwierzyłabym w to, że może wyrządzić mi krzywdę – rozczłonkować i tak zostawić albo od razu zabić, tak jak on i Demetri obiecywali mi zaraz po tym, jak zdołali mnie odnaleźć. Od tamtej chwili zmieniło się wszystko i jestem tego świadoma, a przy tym zbyt wściekła i zdeterminowana, by doszukiwać się w wampirze potencjalnego zagrożenia.
Milczenie przeciąga się, ale nie jest aż tak gęste i trudne do zniesienia, jak jeszcze chwilę wcześniej. Felix przyciska dłoń do twarzy, jakby chcąc sprawdzić, jak bardzo zdołałam go uszkodzić. Spoglądam na niego z powątpiewaniem, mimowolnie zauważając, że nadal wygląda rozczarowująco dobrze. Jestem wręcz skłonna stwierdzić, że mój atak nie wywarł na nim żadnego wrażenia, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale…
– Okej – mówi w końcu. Napinam mięśnie, po czym spoglądam na niego spod lekko uniesionych brwi. – Tak… Mam wrażenie, że chyba sobie na to zasłużyłem – stwierdza, a ja prycham, nie mogąc się powstrzymać.
– Chyba? – powtarzam, instynktownie robiąc krok do przodu.
Spogląda na moje zaciśnięte w pięści dłonie, po czym w obronnym geście unosi obie ręce ku górze.
– Na pewno – reflektuje się pośpiesznie. – Hannah, na litość Boską…
Jedno moje spojrzenie wystarczy, żeby się zamknął. Chyba powinnam być z tego powodu usatysfakcjonowana, bo w końcu która kobieta nie byłaby zadowolona, mając choć odrobinę przewagi nad facetem, ale wcale nie czuję satysfakcji. Wciąż się w niego wpatruję, uważnie analizując wszystko to, co podsuwają mi wyostrzone zmysły – jego zapach, poczucie bliskości, brzmienie głosu i wspomnienie momentu, w którym moja pięść sięgnęła jego twarzy. To wszystko jednoznacznie świadczy o tym, że wampir jest prawdziwy – że naprawdę przede mną stoi, bliski tego, by przy odrobinie szczęścia zacząć się przede mną kajać.
Chcę coś powiedzieć, ale również to zadanie wydaje się mnie przerastać. O Boże, dlaczego?, tłucze mi się w głowie, chociaż zarazem mam wątpliwości co do tego, czy w moim wypadku zwracanie się do najwyższego w ogóle ma rację bytu. Nie chodzi tylko o to, że przez całe swoje życie (a teraz również nieżycie) nie należałam do osób pobożnych. To coś o wiele bardziej skomplikowanego, a ja już nie jestem w stanie stwierdzić, czego tak naprawdę chce. Miesza mi się wszystko, łącznie z własnymi przekonaniami, przemyśleniami i pragnieniami, które towarzyszyły mi przez ostatnie godziny. Chyba wciąż w pełni nie zaakceptowałam tego, jak wiele razy w ciągu zaledwie doby sytuacja uległa zmianie. Jak wiele…
A teraz Felix stoi przede mną.
Felix.
Nic mu nie jest…
Wciąż odczuwam gniew, ale to nie przeszkadza mi w ponownym rzuceniu się ku niemu. Nie interesuje mnie to, co dzieje się wokół mnie, ani w jaki sposób wampir może odebrać moje zachowanie po tym, co zrobiłam chwilę wcześniej. W pierwszym odruchu wzdryga się – widzę to wyraźnie, tak jak i wiem, że przygotowuje się do tego, by kolejnego ciosu mimo wszystko uniknąć – ale po chwili dociera do niego, że tym razem moje intencje są inne. Nie protestuję, kiedy znajome ramiona owijają się wokół mnie, a ja ląduję w jego objęciach – roztrzęsiona, bliska szaleństwa i aż do tego stopnia oszołomiona.
Nogi uginają się pode mną, zanim jestem w stanie zastanowić się nad tym, co takiego się dzieje. Felix kuca, wciąż cierpliwie tuląc mnie do siebie i wydając się z obojętnością podchodzić do tego, że mogłabym płakać. Nie mam mu tego za złe, a wręcz przeciwnie – jestem wdzięczna za to, że udaje, iż nie dostrzega, że mam suche oczy, drżę i wyglądam jak siódme nieszczęście. Zabawne, ale nie jestem nawet zmieszana, jakby to, że właśnie on może widzieć mnie w takim stanie, stanowiło najoczywistszą rzecz na świecie.
Gdybym jeszcze do tego wszystkiego wiedziała, jak powinnam się pozbierać…
– Dlaczego? – wyrzucam z siebie na wydechu. – Miałeś do mnie wrócić, tak? Powiedziałeś, że do mnie wrócisz…
– Przecież wróciłem – przypomina mi niemalże pobłażliwym tonem.
Czuję, że jego palce wplatają się w moje włosy. To przyjemne, chociaż nigdy nie przepadałam za myślą o tym, że ktokolwiek miałby dotykać moich loków. Odchylam głowę, żeby móc na niego spojrzeć, ale to okazuje się trudniejsze, aniżeli przypuszczam, tym bardziej, że wampir trzyma mnie mocno. To również wydaje mi się właściwe – wzajemna bliskość i to, że po tak długim czasie, miałabym wrócić „do domu” – gdziekolwiek to jest, cokolwiek to znaczy…
– Wiesz, co mam na myśli! – wyrzucam z siebie na wydechu. Jestem zła, a przynajmniej chcę sprawiać takie wrażenie, na wszystkie możliwe sposoby usiłując uświadomić mu to, jak bardzo mnie skrzywdził. – Wiesz, że ja…
Wzdycha, ale przynajmniej przestaje sobie ze mnie żartować. Mam przynajmniej nadzieję, że to oznacza właśnie to, choć w przypadku tego kretyna wszystko wydaje się równie prawdopodobne.
– Wiem – mówi i prawie natychmiast urywa, wydając się nad czymś intensywnie zastanawiać. – Mam cię za to przeprosić?
– To za mało.
Kiwa głową, jakby właśnie takiego reakcji się spodziewał.
– Więc co mam zrobić? – pyta i mam wrażenie, że niezależnie od tego, co bym mu odpowiedziała, byłby skłonny faktycznie podporządkować się moim decyzjom.
Milczę, chociaż wiem, że powinnam się odezwać. Jestem świadoma tego, że przeciągająca się cisza go dręczy, tak jak i to, co mogłabym zrobić w najgorszym wypadku. Mogę zacząć zastanawiać się nad tym, co stałoby się, gdybym w odwecie nakazała mu odejść – po prostu zniknąć sobie z oczu, tak jak to robił przez tyle czasu, nie zastanawiając się nad tym, jak wyglądało to z mojej perspektywy. Problem polega na tym, że tego nie chcę. Nie po raz kolejny, kiedy na swój sposób spełnił złożoną mi obietnicę, teraz będąc tuż obok i tak po prostu trzymając mnie w ramionach. Rozluźniam się, po czym bez słowa wtulam się w jego tors, wdychając słodki zapach i mimowolnie zaczynając pragnąć tego, żeby ta krótka chwila trwała wiecznie – ot tyle i aż tyle, zwłaszcza gdyby miało się jednak okazać, że wszystko tak naprawdę jest wytworem mojej wyobraźni.
Cisza przeciąga się w nieskończoność, ale nie mam poczucia, żeby to było złe – nie w takim stopniu, jak którekolwiek z nas mogłoby tego oczekiwać. Trudno mi stwierdzić, co tak naprawdę myśli albo czuje Felix, ale jego perspektywa w gruncie rzeczy nie ma dla mnie znaczenia. Wiem, że nie ma nic gorszego od trwania w niepewności, ale z drugiej strony… Mogłoby męczyć go to, że milczałam? Jeśli tak, co miałabym powiedzieć ja po tych wszystkich godzinach w przekonaniu, że go straciłam?
– Hannah? – słyszę tuż przy uchu jego głos. Napinam mięśnie i niemalże spodziewam się tego, że spróbuje mnie pogonić. Nie chcę żeby naciskał, tym bardziej, że po tym wszystkim nie ma do tego prawa, ale mimo wszystko… – Do diabła, co ty chciałaś zrobić? – pyta i wtedy uświadamiam sobie, że dręczy go coś innego.
Zamieram, co najmniej zaskoczona pytaniem, które mi zadał. Aż nazbyt dobrze zdaję sobie sprawę z tego, jakich wyjaśnień powinnam mu udzielić, ale nie jestem w stanie wykrztusić z siebie przynajmniej słowa. Czuję pieczenie pod powiekami i to wystarczy, żebym poczuła się jeszcze bardziej przerażona i upokorzona. Co mam mu powiedzieć – że jestem aż do tego stopnia żałosna i zdesperowana, żeby…?
Wyrywa mi się cichy, zdławiony jęk, chociaż początkowo nawet nie jestem tego świadoma. Zaczynam drżeć, kiedy jego ramiona bardziej stanowczo owijają się wokół mnie, jakby chciał w ten sposób zapewnić mi ochronę przed wszystkimi złymi rzeczami, które mogłyby mnie napotkać – bólem, chłodem… Wszystkim tym, co teoretycznie jako istocie nieśmiertelnej powinno być mi obojętne.
Nie odpowiadam, ale on już nie wydaje się tego ode mnie oczekiwać. Wręcz przeciwnie – również milczy, a po chwili czuję muśnięcie warg na szyi. Sztywnieję i mam ochotę się odsunąć, ot tak dla zasady, jednak po raz kolejny zawodzi mnie moja własna, rzekomo „silna” wola. Odwracam się, chcąc spojrzeć mu w twarz, w nadziei na to, że dzięki temu zdołam nad sobą zapanować na tyle, by jednak spróbować coś powiedzieć, ale i to nie ma sensu. W zamian impulsywnie wpijam się w jego usta, spragniona bliskości i pieszczot bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Nie chcę uciekać. Nie chcę też zemsty, tym bardziej, że wszyscy mieliśmy okazję zaobserwować, co takiego działo się wokół nas, kiedy ktoś zaślepiony pragnieniem władzy i odwetu prawie że doprowadził do śmierci nas wszystkich. To wciąż do mnie nie dociera, ale ostatecznie dochodzę do wniosku, że tak naprawdę jest mi wszystko jedno – i to zarówno pod względem tego, jak doszło do tego, czego właśnie doświadczam i czy tulący mnie mężczyzna w istocie jest prawdziwy.
Teraz liczy się tylko i wyłącznie to, że mam go obok, a ja nie mam odwagi choć próbować zażyczyć sobie czegoś więcej.
Dociera do mnie, że oboje za długo uciekaliśmy, mijając się wzajemnie i wydając się szukać czegoś, co od dłuższego czasu tak naprawdę mieliśmy. Chociaż czuję, że oboje mamy sobie do powiedzenia bardzo wiele i że czeka nas przynajmniej jedna dłuższa, oczyszczająca rozmowa, w tamtej chwili w zupełności satysfakcjonuje mnie to, co dzieje się pomiędzy nami – ta bliskość, jego obecność oraz jeden, krótki pocałunek, który w pośpiechu składa na moich ustach.
– Nie odchodź ode mnie – wyrzucam z siebie na wydechu. Mam wrażenie, że brzmię żałośnie, ale również to już mnie nie interesuję.
– Nie mam zamiaru – słyszę w odpowiedzi i to wystarczy, żeby kamień spadł mi z serca. – Tak długo, jak w końcu pozwolisz mi zostać.
Nie mam pewności, czy powinnam zaufać jakiejkolwiek jego obietnicy, ale jaki tak naprawdę mam wybór? Biorąc pod uwagę, jak bardzo kruche jest życie oraz to, co już od dłuższego czasu próbowaliśmy zbudować, zaakceptowanie jego zapewnień przychodzi mi zaskakująco wręcz łatwo. Być może jestem naiwna, ale to mi wystarczy – albo po prostu chcę, żeby wystarczyło, ale nawet jeśli oszukuję samą siebie, nie czuję się z tym źle.
Z chwilą, w której akceptuję ten fakt, w końcu udaje mi się odnaleźć to, czego oboje szukaliśmy tak długo.
Ukojenie.
Demetri
Był zdenerwowany. Nadmiar emocji dawał mi się we znaki, coraz trudniejszy do zniesienia i bardziej irytujący. Nie byłem w stanie ustać w miejscu, ale również możliwość wyrwania się na zewnątrz i szaleńczego biegu przez las, nie pomogła mi nad sobą zapanować. Myślami wciąż byłem przy Nessie, raz po raz bezwiednie rozpamiętując to, co wydarzyło się pomiędzy nami – tę rozmowę, jej smutek…
A końcu reakcję na to, co miałem jej do powiedzenia.
Nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jakby to było, gdybym tak na poważnie związał się z jakąkolwiek kobietą, o perspektywie ślubu nie wspominając, ale nie żałowałem niczego. Czułem się dziwnie, wciąż nie do końca świadom tego, co tak naprawdę oznaczała jej zgoda, ale myśl o tym, że najgorszy koszmar mieliśmy za sobą i że dziewczyna wkrótce miałaby należeć do mnie w ten wyjątkowy sposób, wydała mi się co najmniej właściwa.
To było tak, jakbym po długich lata błądzenia w mroku, w końcu znalazł właściwą drogę. Potrafiłem śledzić, a dar pozwalał mi odszukać każdą osobę, z którą kiedykolwiek miałem fizyczny kontakt. Ten, którego chciałem odszukać, wydawał się lśnić, jarząc się gdzieś na granicy mojej świadomości, zaś światło to prowadziło mnie, pozwalając prędzej czy później dotrzeć do celu. Tak było w jej przypadku, chociaż nie miałem pojęcia, że kogokolwiek usiłuję odnaleźć, póki nie dostrzegłem jej blasku. Sam nie byłem pewien, kiedy i dlaczego zostaliśmy powiązani w ten szczególny sposób, ale to nie miało dla mnie najmniejszego nawet znaczenia. Teraz była bezpieczna i to przynajmniej tymczasowo musiało mi wystarczyć.
Jakkolwiek by nie było, nie zmieniało to faktu, że wciąż się o nią martwiłem. Całym sobą czułem, że mam powody i że z dziewczyną mimo wszystko działo się coś złego. Tuliłem ją do siebie, aż nazbyt świadom podwyższone temperatury jej ciała i tego, że wzdrygała się za każdym razem, kiedy poruszyła się zbyt gwałtownie, bądź kiedy to mnie zdarzało się naruszyć potłuczone żebra. Nie po raz pierwszy była poobijana, ale nawet ta świadomość nie pozwoliła mi się rozluźnić, wręcz wzbudzając we mnie coraz więcej wątpliwości. Liczyłem na to, że nie powinna mieć mi niczego za złe po tym, jak wspomniałem o wszystkim jej matce, po cichu mając nadzieję na to, że ta będzie potrafiła należycie porozmawiać z córką. Sam nie byłem pewien, czego tak konkretnie oczekiwałem, ale czułem się gotów przysiąc, że moja decyzja była słuszna.
W głowie miałem mętlik, nad którym w żaden sposób nie potrafiłem zapanować. Czułem, że Edward jest gdzieś w pobliżu, podążając za mną niczym cień, co czyniło sytuację jeszcze bardziej niekomfortową. Nie spodobało mi się to, że wampir tak po prostu zasugerował mi to, żebyśmy się przeszli, zwłaszcza po rozmowie, którą odbyłem z jego córką i której on, zresztą jak reszta obecnych w domu wampirów, musiał być świadom. Mogłem tylko zgadywać, czego teraz powinienem się po nim spodziewać, podświadomie wyczekując wymówek i czego równie dramatycznego, co i stwierdzenie z gatunku „Odczep się od mojej małej dziewczynki!”. To w porównaniu z problemami, których doświadczaliśmy się z Nessie przez ostatnie miesiące, wydawało się niczym, ale bez wątpienia stanowiłoby bardzo ciekawe uzupełnienie całości.
– Tak twierdzisz? – rzucił jakby od niechcenia wampir, odzywając się po raz pierwszy od chwili, w której opuściliśmy dom. Trudno było mi stwierdzić, co takiego w tamtej chwili sobie myślał i czego powinienem się po nim spodziewać. – Następnym razem się nad tym zastanowię – dodał, a ja ledwo powstrzymałem się przed wywróceniem oczami.
Następnym razem…?
Cokolwiek powinienem przez to rozumieć, Cullen najwyraźniej postanowił trochę mnie podręczyć i zostawić pewne kwestie dla siebie. Po chwili wahania doszedłem do wniosku, że zadręczanie się z tego powodu jest bez sensu, zresztą myślami wciąż byłem przy Renesmee i wszystkim tym, co jej dotyczyło. Gdybym miał decydować, pewnie nadal siedziałbym w salonie, czekając aż ona i jej matka…
– Innymi słowy, doprowadzałbyś nas wszystkich do szału – stwierdził usłużnie Edward, a we mnie aż się zagotowało. Naprawdę musiał mi to robić? – Dajmy im trochę czasu, dobrze? – zasugerował o wiele bardziej przystępnym, poważniejszym tonem. – Nessie cierpi. Nie chce cię zadręczać, oczywiście, ale… No, Bella będzie w stanie ją zrozumieć – wyjaśnił, a ja mimochodem pomyślałem o tym, że pod względem zadręczania się śmiercią kundla oboje mieliśmy podobne stanowisko.
Och, nie musiał mi tłumaczyć tego, że dziewczyna mogłaby być nieszczęśliwa. Trudno było mi zapomnieć jej reakcję i to, jak bardzo drżała, kiedy znalazłem ją przy ciele chłopaka. Do tej pory pamiętałem jak lekka i krucha się wydawała, gdy zabierałem ją z pola walki i później, już w jej tymczasowej sypialni, kiedy szukałem sposobu na to, żeby przynieść Renesmee choć częściowy spokój. Mogłem ją słuchać, tulić do siebie i cierpliwie czekać, aż spróbuje wyrzucić z siebie wszystko to, co ją dręczyło, ale moje działania w gruncie rzeczy nie niosły ze sobą niczego, co mogłaby oczekiwać – nie, skoro również ona zdawała sobie sprawę z tego, że po śmierci Jacoba poczułem ulgę.
Tak, obecność matki zdecydowanie miała podziałać na nią kojąco, a przynajmniej tak mi się wydawało. Skoro sama poprosiła mnie o zawołanie Belli, to chyba mogłem założyć, że miała poczuć się dzięki bliskości kobiety lepiej. Czułem się do tego stopnia zdeterminowany, by zgodzić się dosłownie na wszystko, jeśli tylko okazałoby się tym, czego oczekiwała ode mnie Renesmee. Czułem, że powinienem się nią zaopiekować i to na wszystkie możliwe sposoby. Jeśli to oznaczało zaakceptowanie jej rodziny, proszę bardzo.
– Przypominam ci, że właśnie próbujesz do tej rodziny wejść – żachnął się ojciec dziewczyny, a ja z trudem powstrzymałem się przed rzuceniem czegoś złośliwego. Skoro siedział mi w głowie, to i tak zdawał sobie z tego sprawę.
– Zabrzmiało dramatycznie – stwierdziłem już na głos, chcąc mieć przynajmniej złudne wrażenie tego, że prowadzimy normalną rozmowę. Skoro przy nim i tak nie miałem być w stanie swobodnie pomyśleć, równie dobrze mogliśmy faktycznie zamienić kilka słów, zwłaszcza w obecnej sytuacji. – I co teraz, hm? Idziemy do lasu z jakiegoś konkretnego powodu, czy może masz dla mnie niespodziankę? – dodałem dramatycznym tonem, próbując rozładować atmosferę.
Miałem wisielczy humor, co po ostatnich wydarzeniach nie wydało mi się ani trochę dziwne. Nie mogłem zresztą zaprzeczyć, że spacer do lasu z kimś, kto za mną nie przepadał (delikatnie rzecz ujmując), okazał się co najmniej zastanawiającym doświadczeniem. W gruncie rzeczy zaczynałem czuć się naprawdę nieswojo, nie wyobrażając sobie naszej rozmowie w swojej formie. Kto wie, może do tego wszystkiego powinienem był spodziewać się tego, że wampir specjalnie próbował odciągnąć mnie w jakieś odległe miejsce, by potem swobodnie i bez świadków móc dokonać mordu?
– Nie kuś mnie.
Wywróciłem oczami.
– Mógłbyś, proszę, zapewnić mi chociaż trochę prywatności? – zniecierpliwiłem się. – Jak będę miał coś do powiedzenia, powiem na głos.
– Jakby to było takie proste, chętnie bym tak zrobił – zapewnił i zabrzmiało to szczerze. – Nie o wszystkim chciałbym dowiadywać się w taki sposób…
– Jak o zaręczynach? – zapytałem, decydując się przejść do rzeczy.
Kiedy obejrzałem się przez ramię, zauważyłem, że Edward zwolnił i – wcześniej wytraciwszy prędkość – zatrzymał się. Poszedłem w jego ślady, mimochodem dostrzegając cień, który jak na zawołanie przemknął przez twarz ojca Nessie.
– Chociażby – powiedział po dłuższej chwili wahania. – Chociaż mogłem się tego spodziewać. Nie tak szybko, ale jednak.
Zawahałem się, dłuższą chwilę analizując jego słowa. Sam nie byłem pewien, jak powinienem je interpretować i co tak naprawdę oznaczało to, co właśnie próbował mi powiedzieć, ale po dłuższej chwili wahania doszedłem do wniosku, że i tak jest lepiej, niż mógłbym się spodziewać. To była niemalże pokojowa wymiana zdań, a nie wzajemne warczenie i niechęć, której mimo wszystko się spodziewałem.
Tym razem Edward nie skomentował mojego wahania nawet słowem, co również uznałem za całkiem miłe odstępstwo z jego strony. Być może to był sposób na to, żeby odwrócić moja uwagę, ale…
– To nie tak – zapewnił, jednak decydując się zareagować i pośpieszyć z wyjaśnieniami. – Ale po wszystkim, co się stało… Zapomniałem ją na tyle czasu, a później omal nie straciłem. Wierz mi, po czymś takim nie mam siły zadręczać się również tym, że znalazła sobie chłopaka. – Nerwowym ruchem przeczesał miedziane włosy palcami. Przynajmniej z wyglądu byli do siebie z Nessie podobni. – Poza tym… Myślę o dobru samej Renesmee. Mam dostęp do jej myśli, a to, co jej chodzi po głowie w związku z tobą…
– Co takiego? – zapytałem, zanim zdążyłem ugryźć się w język.
Mój rozmówca rzucił mi długie, wymowne spojrzenia.
– Cholera, nie powiem ci przecież – obruszył się. – Jakby związki były takie proste…
O, świetnie – innymi słowy, w razie ewentualnych problemów, miałem radzić sobie z Nessie sam. Nie miałem pewności czy to dobrze, czy źle, ale po chwili wahania doszedłem do wniosku, że po dotychczasowych kłopotach, zrozumienie tej dziewczyny stanowiłoby najmniej istotną kwestię.
Edward westchnął i zignorowawszy moje myśli, odezwał się ponownie:
– Jest dorosła, tak? Wie, co robi, a jeśli z jakiegoś powodu wybrała ciebie, ja i tak nie będę miał nic do powiedzenia. Mogę ją co najwyżej do siebie zniechęcić i stracić, a na to zdecydowanie nie zamierzam pozwolić. – Spoważniał, po czym z uwaga zmierzył mnie wzrokiem. – Co nie zmienia faktu, że jeśli chociaż raz ucierpi z twojego powodu…
– Pojechałem dla niej na tę cholerną wyspę! – obruszyłem się. – Po co to wszystko, gdybym miał zamiar zostawić ją albo zranić?
Wampir z wolna skinął głową. Po wyrazie jego twarzy trudno było mi stwierdzić, co takiego tak naprawdę sobie myślał albo planował, ale zdecydowałem się to zignorować. Mogłem tylko zgadywać, jak czuł się zatroskany o dobro swojego jedynego dziecka ojciec, który – co sam zresztą wspomniał – przynajmniej dwukrotnie był bliski tego, żeby stracić córkę. Teoretycznie go rozumiałem, chociaż to w jakiś pokrętny sposób wydało mi się co najmniej przerażające.
Była jeszcze Nessie, od której tak naprawdę zależało wszystko, co miało związek ze mną. Co jak co, ale gdyby Edward zaczął robić problemy, jego słowa nie zrobiłyby na mnie najmniejszego wrażenia. Tak długo, jak Renesmee chciała w tym trwać, ja zamierzałem po prostu być – a może nawet w wypadku, w którym zdecydowałaby się odprawić mnie z niczym. Nie chciałem rozważać takiego scenariusza, zwłaszcza teraz, kiedy z jej ust padło jakże jednoznaczne „tak”, ale gdyby kazała mi tak po prostu odejść…
Cóż, wątpiłem, bym przystał na to ot tak.
Ojciec dziewczyny rzucił mi wymowne spojrzenie, ale i tym razem wszelakie uwagi na temat moich przemyśleń postanowił zostawić dla siebie. Sytuacja znów zaczęła robić się niezręczna, zwłaszcza przez wzgląd na wzajemne, przeciągające się milczenie, przez co zapragnąłem się wycofać i to najlepiej tak szybko, jak tylko będzie to możliwe.
Byłem już tego bliski, kiedy po przejściu zaledwie kilku słów, ponownie zatrzymał mnie głos Edwarda:
– Dziękuję ci – powiedział, a ja zesztywniałem, bo to było ostatnim, czego tak naprawdę śmiałem się spodziewać. – Czegokolwiek bym ci nie zarzucił, jakoś przeżyła to pół roku. Najpewniej dzięki tobie – zauważył, chociaż to była mocno naciągana teoria.
– Przeżyła, bo jest uparta – poprawiłem go machinalnie. – A potem po prostu otworzyła mi oczy.
Nie dodałem niczego więcej, zresztą Cullen najwyraźniej tego nie oczekiwał. Tym razem już nic nie powstrzymało mnie przed ruszeniem w drogę powrotną, choć sam nie byłem pewien, czy nie powinienem dać Renesmee i jej mamie jeszcze trochę czasu. Teoretycznie to wydawało się właściwe, ale istniała dość istotna różnica pomiędzy tym, co słuszne, a co byłem w stanie zrobić.
W salonie panowała cisza, a ja przekonałem się, że cześć mieszkańców najwyraźniej postanowiła się ewakuować. Zauważyłem jedynie Rosalie i Emmett'a, siedzących razem i pogrążonych w jakiejś cichej rozmowie. Kobieta siedziała mężowi na kolanach, a ten bawił się jej włosami, jakby od niechcenia przeczesując je palcami. Na moment przystanąłem w progu, przypatrując im się bez cienia krępacji i to nawet w chwili, w której wampirzyca poderwała głowę i spojrzała wprost na mnie.
– Nie żebym ci coś sugerowała, ale na twoim miejscu poszłabym na górę – oznajmiła cierpkim tonem. Mimo wszystko wyczułem w jej głosie coś, co wydało mi się podekscytowaniem, chociaż to na pierwszy rzut oka nie miało sensu. To, że kolejna osoba, która za mną nie przepadała, właśnie zmuszała się do dobrowolnej, względnie normalnej rozmowy, również dało mi do myślenia. – Może cię potrzebować.
– Co masz na myśli? – zapytałem z powątpiewaniem.
Blondynka wzruszyła ramionami.
– Niech Carlisle ci powie – zasugerowała spokojnie. – Albo lepiej sama Renesmee. Tylko się pośpiesz, bo wiem, że tata chce ją zabrać do szpitala, więc…
Nawet nie czekałem na to, aż dziewczyna dokończy, bez chwili wahania ruszając w stronę schodów. Gdzieś za plecami usłyszałem, że mruknęła coś gniewnie, najwyraźniej niezadowolona z tego, jak ją potraktowałem, ale nie miałem z tego powodu wyrzutów sumienia. Martwiłem się o Nessie, a skoro sprawy mogły być aż do tego stopnia poważne, by doktor brał pod uwagę szpital… To wciąż nie musiało o niczym świadczyć, tym bardziej, że Renesmee pozostawała pół-wampirem, a więc w naturalny sposób musiała być o wiele odporniejsza na ludzkie słabości, ale po wydarzeniach ostatnich miesięcy, wolałem dmuchać na zimne.
Miałem tylko nadzieję, że tym razem to nie było coś, co wiązało się z chorobą, którą przeszła z winy Rosy. Gdyby leki, które zaoferowała nam tamta wyspiarka, okazały się niewystarczające albo zwodnicze, wtedy bym ją zabił – i to najpewniej nie jako jedyną.
Przestałem o tym myśleć, błyskawicznie pokonując kolejne stopnie. Nie bawiłem się w pukanie albo choćby najmniej subtelne wcześniejsze zasygnalizowanie swojej obecności, w zamian bez chwili wahania wchodząc do pokoju. Nawet nie zwróciłem uwagi na towarzyszących dziewczynie Bellę i Carlisle'a, w zaledwie ułamek sekundy materializując się przy łóżku. Renesmee siedziała na materacu, dziwnie blada i niespokojna, a kiedy na mnie spojrzała, przekonałem się, że wyglądała tak, jakby za moment miała się popłakać.
– Hej… Hej, Aniele, co się dzieje? – zaniepokoiłem się, wyciągając dłoń ku jej twarzy. – Coś jest nie tak?
Mimo wszystko poczułem ulgę, kiedy przekonałem się, że była przytomna, ale uczucie to zniknęło równie nagle, co się pojawiło, wyparte przez coraz silniejszy niepokój. Teraz bardziej niż wcześniej czułem się świadom tego, jak bardzo rozpalona była, co w jej przypadku zdecydowanie nie stanowiło normalnego stanu rzeczy.
Milczała, w odpowiedzi na moje pytania zaczynając energicznie potrząsać głową. Nie zaprotestowałem, kiedy przesunęła się bliżej mnie, wpadając mi w ramiona i wydając się szukać poczucia bezpieczeństwa. Natychmiast poderwałem ją na ręce, sadzając sobie na kolanach, by łatwiej mogła utrzymać równowagę. Drżała, poza tym wydawała się przelewać mi w ramionach, tym samym jeszcze bardziej mnie niepokojąc.
Chciałem coś powiedzieć – spróbować zwrócić na siebie jej uwagę, a potem jakkolwiek uspokoić – ale nie dała mi po temu okazji. Raz jeszcze potrząsnęła głową, po czym zmusiła się do tego, żeby się wyprostować. Wciąż we mnie wtulona, zajrzała mi w oczy i przekonałem się, że jednak zaczęła płakać, co wytrąciło mnie z równowagi bardziej niż cokolwiek innego. Pogładziłem ją po policzku, próbując ignorować wyczuwalną pod palcami wilgoć i to, jak bardzo Nessie wydawała się wystraszona i…
Nie, to nie był taki zwyczajnych strach. Raczej o wiele bardziej skomplikowana mieszanka sprzecznych ze sobą emocji, na którą składały się lęk, oszołomienie, ale i… wciąż przytłumiona, chociaż mimo wszystko wciąż obecna radość?
– Aniele… – zacząłem raz jeszcze, siląc się na jak najbardziej spokojny, kojący głos. To było trudne, ale co innego miałem zrobić, by skłonić ją do mówienia? – Co ci jest? Jeśli dzieje się coś złego…
– Nie dzieje się – przerwała mi. Głos wciąż jej drżał, ale jakimś cudem zdołała nad nim zapanować. – Przynajmniej nic złego – dodała z naciskiem.
Uniosłem brwi.
– Co tak właściwie…?
Spodziewałem się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że nagle zacznie się śmiać – nieco histerycznie, dławiący się przy tym łzami, ale jednak szczerze.
– Och, Demetri…
Ostatni rozdział – i tej księgi, i na blogu. Przed nami jeszcze ostateczny epilog i podziękowania, chociaż to wciąż do mnie nie dociera – i to pomimo tego, że tak często w ostatnim czasie podkreślałam, że ta chwila jest zaledwie kwestią czasu. Nie wiem, kiedy pojawię się z zakończeniem, ale podejrzewam, że jeszcze w tym tygodniu, korzystając z weny i podekscytowaniem, które towarzyszy mi w związku z oczekiwaniem na kolejną księgę „Zagubionych w czasie”.
Dziękuję Wam za obecność. Pełniejsze wywody zostawię na podsumowanie, które pojawi się wraz z epilogiem. Na tę chwilę Was żegnam, więc do napisania. Jeśli kogoś to interesuje, w związku z zakończeniem części na innym moim blogu, organizuję małe Q&A, więc śmiało możecie mi zdawać pytania – tutaj albo na innych bogach. Odpowiedzi pojawią się za tydzień w poniedziałek.

Nessa.

sobota, 22 października 2016

29. Zrozumienie

Renesmee
Nie byłam pewna, jak długo wraz z Demetrim trwaliśmy w swoich objęciach. Nie potrzebowałam niczego więcej, skoncentrowana przede wszystkim na poczuciu bezpieczeństwa, które dawała mi bliskość ważnej dla mnie osobie. Wciąż byłam zmęczona, nawet pomimo tych wszystkich godzin, które spędziłam pogrążona we śnie, ale nie chciałam traktować tego jako czegoś niewłaściwego, co z jakiegokolwiek powodu powinno wydać mi się niepokojące. Próbowałam przekonać samą siebie do tego, że wszystko sprowadzało się do nadmiaru emocji; sądziłam, że w takim wypadku jak najbardziej miałam prawo odczuwać znużenie, choć zarazem byłam zbyt pobudzona, by być w stanie tak po prostu zasnąć.
Inną kwestią były wciąż dające mi się we znaki żebra, ale te ignorowałam, zapewniając Demetriego, że nie ma powodów do niepokoju. Byłam poobijana, ale nic ponad to, a przynajmniej ja próbowałam w to wierzyć. Mogłam pójść do dziadka, ale nie potrafiłam zmusić się do tego, żeby ot tak opuścić pokój i pokazać się reszcie na oczy. Nie miałam pewności, czy którekolwiek z nich słyszało naszą rozmowę, choć wydawało mi się to bardzo prawdopodobne – w końcu wampiry nie miały najmniejszego problemu z wyostrzonymi zmysłami, a ściany domu były tak cienkie, że sama mogłam usłyszeć nawet najdelikatniejszy, najbardziej subtelny dźwięk. Szum wiatru, który ostatecznie uświadomił mi, że na zewnątrz najmniej panowała co najmniej zawieja, miał w sobie coś kojącego, przez co poczułam się jeszcze bardziej zmęczona, wręcz zmuszona walczyć o to, żeby zachować otwarte oczy.
– Jesteś zmęczona – usłyszałam przy uchu głos tropiciela, co skutecznie wyrwało mnie z letargu, w który zdążyłam popaść.
Spojrzałam na niego w nieco nieprzytomny sposób, tym samym niejako potwierdzając jego przypuszczenia. Pogładził mnie po policzku, ostatecznie wplatając palce w moje włosy. W jego objęciach było mi dobrze, mimo tego, że chłód jego skóry coraz bardziej dawał mi się we znaki, nawet pomimo kołdry i dodatkowego koca, który w pewnym momencie wampir zdecydował się na mnie zarzucić.
– Trochę – przyznałam chcąc nie chcąc. – Ale to nic takiego. Dobrze mi tak, jak jest – dodałam z naciskiem, chcąc ukrócić jakąkolwiek dalszą rozmowę.
Czegokolwiek by sobie nie myślał, milczenie i jego bliskość pozostawały wszystkim, czego tak naprawdę mogłabym potrzebować. Marzyłam o tym, żeby zamknąć oczy i odpłynąć na kilka następnych godzić, ale zarazem nie potrafiłam się do tego zmusić, nie chcąc tracić czasu. Chociaż mieliśmy przed sobą całe lata, jeśli nie wieczność, wciąż czułam silny niepokój, którego w żaden sposób nie potrafiłam wytłumaczyć. Podejrzewałam, że po wszystkim, co miało miejsce w ostatnim czasie, potrzebowałam przynajmniej kilku dni na to, żeby dojść do siebie i uwierzyć, że w końcu mogliśmy się zatrzymać – przestać uciekać, a w razie potrzeby cieszyć się sobą, nie musząc martwić się, że w każdej chwili ktoś spróbuje zniszczyć to, co zbudowaliśmy. Potrzebowałam spokoju i rozmowy z rodziną, by w końcu wszystko uporządkować, ale mimo wszystko…
Chodziło coś więcej.
Byłam gotowa to przysiąc i to mimo wrażenia, że tak naprawdę plotłam od rzeczy.
– Jesteś pewna?– zapytał cicho Dem, a ja przez moment poczułam się tak, jakbym nieświadomie znów pozwoliła mu poznać swoje myśli i emocje. Potrzebowałam chwili, żeby uświadomić sobie, że wcale nie reagował na moje przemyślenia. Jeśli już, najzwyczajniej w świecie się martwił, co zresztą nie powinno było mnie dziwić. – Mam wrażenie, że coś jest nie tak…
Wysiliłam się na blady uśmiech. Miałam wrażenie, że wyszło mi to dość naturalnie, choć równie dobrze mogłam się mylić. I tak czułam się, jakbym obserwowała świat zza grubej, zamglonej szyby, z opóźnieniem reagując na poszczególne bodźce.
– Wydaje ci się – wyrzuciłam z siebie na wydechu. – Chociaż… Po prostu jestem przygnębiona, to wszystko – przyznałam po chwili wahania. – Przepraszam.
– Za co? – Spojrzał na mnie w co najmniej zaskoczony sposób.
– Za wszystko – stwierdziłam z przekonaniem. Miałam wrażenie, że zaczynam bredzić, ale co innego mogłam mu powiedzieć? – Powinnam się teraz cieszyć… I cieszę się. Wierz mi, że tak jest – dodałam pośpiesznie. Jak inaczej mogłabym reagować po tym, jak przyjęłam oświadczyny kogoś, kto był dla mnie ważny? – Ja po prostu…
– Przecież dobrze wiem – przerwał mi. – To nie był sposób na poprawienie ci humoru, chociaż bardzo bym chciał, żeby to tak działało.
Westchnęłam, aż nazbyt świadoma tego, że moja żałoba pozostawała czymś całkowicie dla niego niezrozumiałym. Nie byłam głupia; nigdy nie oczekiwałam od Demetriego tego, że dostosuje się do wszystkiego, co myślałam. Tego, że nagle zacznie pałać do Jacoba sympatią i okaże przynajmniej cień żalu po jego śmierci, tym bardziej nie zamierzałam od niego oczekiwać. Wręcz przeciwnie – byłam tropicielowi wdzięczna za samo to, że przy mnie był.
Inną kwestią pozostawało to, że praktycznie nie myślałam o Jake'u, a przynajmniej nie w takim natężeniu, jak mogłabym tego oczekiwać. Jasne, wciąż czułam ból i przygnębienie, ale te nie były powodem mojego niepokoju, a przynajmniej nie miałam poczucia, żeby właśnie o to chodziło. Skądkolwiek brał się towarzyszący mi strach, nadal nie potrafiłam określić jego źródła. W gruncie rzeczy nie wiedziałam nawet do kogo powinnam się zwrócić i o czym myśleć. W zasadzie nie byłam pewna niczego, zagubiona bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
– Dem? – wyszeptałam po chwili wahania.
Spojrzał na mnie zachęcająco, wyraźnie zmartwiony. Przełknęłam z trudem, próbując oczyścić gardło i jakkolwiek zapanować nad własnym ciałem. Nie miałam pewności, jak i dlaczego się czułam, ale to wydało mi się najmniej istotne.
– Co się dzieje? – zapytał wampir, nie będąc w stanie znieść przeciągającej się ciszy. Jego dłoń wylądowała na moim policzku, kiedy zachęcił mnie do tego, żebym pomimo obaw zajrzała mu w oczy. – Ness…
– Ja… Mógłbyś poprosić tutaj moją mamę?
Początkowo spojrzał na mnie z zaskoczeniem, jakby nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co próbowałam mu powiedzieć. Dopiero po chwili skinął głową i pośpiesznie usiadł, bez trudu wyplątując się z uścisku, w którym trwaliśmy przez tyle czasu.
– Nie ma sprawy – zapewnił. Oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że Bella najpewniej doskonale słyszała, że jej potrzebowałam, ale żadne z nas nie skomentowało tego choćby słowem. Przyjęłam to z ulgą, bo nie musiałam dodawać, że zależałoby mi na tym, żeby mimo wszystko zostawił mnie z wampirzycą samą. – Jakby co, jestem w pobliżu – zapewnił mnie, więc uśmiechnęłam się blado; tego jednego akurat byłam pewna.
Poczułam się pusta, kiedy wyszedł, zostawiając mnie samą w łóżku. Kiedy spróbowałam się poruszyć, aż skrzywiam się, uświadamiając sobie, jak bardzo zesztywniała i obolała od trwania w jednej pozycji byłam. Bezwiednie zaplotłam obie dłonie na brzuchu, pierwszy raz od dłuższego czasu mogąc pozwolić sobie na okazanie słabości. Nie chciałam mówić tego Demetriemu, będąc w stanie doskonale wyobrazić sobie to, jakby się zachował, gdybym choć zająknęła się na temat tego, że źle się czuję. Prawda była taka, że już nie tylko było mi zimno, ale też słabo, z kolei ból, który powinnam była odczuwać co najwyżej w klatce piersiowej (wiedziałam już, jak uporczywe potrafiły być choćby tylko poobijane żebra), wydawał się mieć swoje źródło… gdzieś niżej.
Nie miałam pojęcia, dlaczego to właśnie o mamie ostatecznie pomyślałam, ale byłam gotowa zrobić wiele, byleby to właśnie ona znalazła się przy mnie. Wiedziałam, że niemniej niż ja musiała przeżyć to, że cokolwiek złego spotkało Jacoba. Był jej przyjacielem i to na długo przed tym, jak ja się urodziłam, co samo w sobie sprawiało, że chciałam przynajmniej spróbować upewnić się, że wszystko było w porządku. Inną kwestią pozostawało to, że się bałam – wielu rzeczy, nawet tak irracjonalnych, jak myśl o tym, że Bella mogłaby obwiniać mnie za to, co się wydarzyło. Czułam, że to nie ma sensu i podejrzewałam, że sama mama miała mnie wyśmiać na samą wzmiankę, ale mimo wszystko…
Zamknęłam oczy, czując pieczenie pod powiekami. Nie sądziłam, że będę w stanie jeszcze płakać, nie wspominając o tym, że tym razem sama nie miałam pewności, skąd brały się poszczególne łzy. W końcu płakałam wystarczająco długo, bym mogła choć spróbować poczuć ukojenie, tak? Być może, ale i tego nie byłam w stanie z pełnym przekonaniem potwierdzić.
– Nessie?
Głos mamy mnie zaskoczył, być może dlatego, że byłam już bardzo bliska tego, żeby jednak odpłynąć. Aż wzdrygnęłam się, kiedy lodowate palce musnęły mój policzek, gdy Bella spróbowała zwrócić na siebie moją uwagę. Zamrugałam nieco nieprzytomnie, mając problem z tym, żeby skoncentrować na wampirzycy wzrok, bynajmniej nie dlatego, że miałam jakiekolwiek trudności z zapanowaniem z cisnącymi mi się do oczu łzami.
Mama kucała przy mnie, chociaż nie zarejestrowałam momentu, w którym w ogóle weszła do pokoju. Kiedy nasze spojrzenia się spotkały, przekonałam się, że wyglądała dość marnie, o ile w przypadku wampira podobne stwierdzenie w ogóle miało rację bytu. Wiedziałam, że to najpewniej moje wrażenie, ale wydała mi się o wiele bledsza niż zazwyczaj, gdy zaś przyjrzałam się jej pociemniałym przez nadmiar emocji tęczówkom, przekonałam się, że były suche, co jednoznacznie utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie tak dawno temu również płakała.
Chciałam coś powiedzieć, ale w głowie miałam pustkę. Dłuższą chwilę bezmyślnie wpatrywałam się w jej twarz, bezskutecznie próbując uporządkować to, co i dlaczego czułam. Jakby tego było mało, sama Bella nie czekała na to, aż odezwę się choć słowem, przy pierwszej okazji decydując się mnie ubiec:
– Co się dzieje? – zapytała mnie. Brzmiała na zaniepokojoną, co mnie zaskoczyło, bo nie miałam poczucia, że jej pytanie odnosi się tyko i wyłącznie tego, jak miała się w sensie psychicznym. – Dobrze się czujesz, kochanie?
– Nie wiem. Dlaczego…? – zaczęłam i spróbowałam się podnieść, by móc łatwiej jej się przyjrzeć, ale powstrzymała mnie, stanowczym ruchem ujmując mnie pod brodę.
– Źle wyglądasz, a Demetri powiedział, że jesteś rozpalona – uświadomiła mnie, tym samym skutecznie powstrzymując przed jakimikolwiek uwagami. Byłam zaskoczona, tym bardziej, że poza kilkoma troskliwymi i powątpiewającymi spojrzeniami, Dem w żaden sposób nie dał mi do zrozumienia, że zauważył, że cokolwiek jest ze mną nie tak. – I chyba coś w tym jest, ale… – Urwała, w zamian przenosząc dłoń na mój policzek. Nie mogłam zaprzeczyć, że chłód jej skóry ciążył mi o wiele bardziej, niż do tej pory. – Co się dzieje? – ponowiła wcześniejsze pytanie.
Sama nie miałam już pewności co do tego, o co mnie pytała. Przez chwilę wpatrywałam się w nią tępo, nie będąc w stanie zmusić się do udzielenia jakiejkolwiek, choćby po części sensownej odpowiedzi. Co tak naprawdę chciałam albo powinnam jej powiedzieć? To wszystko nie miało dla mnie sensu, ja zaś miałam coraz większe problemy z tym, żeby zrozumieć i ją, i siebie samą.
Nie spodobało mi się to uczucie, niepokojąco wręcz przypominając mi o tym, czego doświadczyłam pod wpływem środka, który podała mi Rosa. Zadrżałam niekontrolowanie, nie tyle od różnicy temperatury, co obawy przed tym, że wszystko powróci i koszmar zacznie się na nowo. Czułam, że to nie ma sensu, tym bardziej, że odkąd dostałam leki czułam się dobrze i nic nie wskazywało na to, żebym ponownie miała doświadczyć stanu, w którym trwałam przez ponad dwa miesiące. Co prawda wciąż bałam się zasnąć, a w pamięci miałam dziewczynkę z mojego snu oraz emocje, która te we mnie wzbudzała, ale mimo wszystko…
Spojrzałam niespokojnie na mamę, sama niepewna tego, co powinnam jej powiedzieć. Ostatecznie zwinęłam się na łóżku w kłębek, wtulając twarz w poduszkę. Byłam coraz bardziej świadoma tego, że coś jest nie tak, ale z jakiegoś powodu to wcale nie słabość albo świadomość tego, że mogłabym mieć gorączkę wydała mi się najbardziej niepokojąca.
– Nessie… – doszedł mnie niespokojny głos mamy. Pogładziła mnie po włosach, a ja i bez patrzenia na nią wiedziałam, że była zaniepokojona. – Mam pójść po dziadka? – zasugerowała mi łagodnie, a ja drgnęłam i pośpiesznie chwyciłam ją za rękę.
– Nie chcę zostać sama! – wyrzuciłam z siebie na wydechu, nawet nie zastanawiając się nad doborem słów.
Bella rzuciła mi przenikliwe, jeszcze bardziej niespokojne niż wcześniej spojrzenie, ale skinęła głową. Samą siebie zaskoczyłam lękliwą nutą, która wkradła się do mojego głosu, a która wiązała się z tym, że nie wyobrażałam sobie, że miałabym tak po prostu zostać bez czyjejkolwiek opieki. Nie sądziłam, że kiedykolwiek aż do tego stopnia zapragnę bliskości mamy, nie tylko spragniona jej obecności po tych wszystkich miesiącach rozłąki, ale też najzwyczajniej w świecie czując się przy niej bezpiecznie. Potrzebowałam tego, zresztą jak i świadomości, że mogę na nią liczyć, chociaż ta powinna być dla mnie czymś oczywistym.
– W porządku – zapewniła mnie pośpiesznie Bella. – Nigdzie nie idę… Ale źle wyglądasz i sądzę, że Carlisle powinien cię obejrzeć – wyjaśniła mi, starannie dobierając słowa i tym samym sprawiając, że poczułam się trochę jak małe, nierozumiejące ważnych spraw dziecko, które za wszelką cenę próbowała uspokoić.
Skinęłam głową, bynajmniej niezaniepokojona perspektywą rozmowy z doktorem. Miałam wrażenie, że powinnam, tym bardziej, że wciąż towarzyszył mi silny niepokój – uczucie, którego źródła nie potrafiłam sprecyzować, a które ostatecznie zdecydowałam się zinterpretować jako lęk przed tym, że ponownie stracę przytomność. Miałam dość powodów, żeby się tego bać, więc tym bardziej chciałam, żeby dziadek utwierdził mnie w przekonaniu, że wszystko jest już w porządku, przynajmniej jeśli chodziło o to, co zrobiła mi Rosa.
Mimowolnie pomyślałam o Demetrim, ale nie zdobyłam się na to, by spróbować go zawołać. Nie chciałam dodatkowo wampira martwić, w pierwszej kolejności chcąc zebrać myśli i przynajmniej spróbować zastanowić się nad tym, co działo się wokół mnie. Nie rozumiałam, dlaczego tak nagle poczułam się gorzej, chociaż prawda była taka, że słabość towarzyszyła mi już wcześniej, chociaż wtedy nie byłam jej świadoma, bardziej przejęta Jacobem, oświadczynami i zamartwianiem się wszystkim, co tylko było możliwe. To też mogło być przyczyną, ale wciąż towarzyszyło mi niejasne wrażenie, że chodzi o coś więcej – z tym, że nadal nie miałam pojęcia o co.
Chociaż rozmawiałyśmy z mamą cicho, Carlisle nie miał problemu, by zorientować się, że którakolwiek z nas o nim wspomniała i że mogłybyśmy go potrzebować. Nie byłam zaskoczona tym, że ostatecznie pojawił się w sypialni, wcześniej krótko pukając i już od progu obrzucając mnie badawczym spojrzeniem.
– Co się dzieje? – zapytał, najwyraźniej doskonale zdając sobie sprawę z tego, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Podszedł bliżej, by móc lepiej mi się przyjrzeć. – Coś jest nie tak?
– Nessie ma gorączkę – wyjaśniła mu mama, raz po raz przeczesując moje włosy palcami. Od czasu do czasu muskała dłonią mój policzek, co w którymś momencie zaczęło przynosić mi ulgę. – Może to nic, ale się martwię – dodała cicho Bella, nerwowo spoglądając to na mnie, to znów na teścia.
– Widzę… – Doktor wyciągnął rękę, by móc dotknąć mojego czoła i sprawdzić temperaturę. Przez jego twarz przemknął cień, ale prawie natychmiast nad sobą zapanował. – Jak się czujesz?
– Jestem zmęczona – stwierdziłam po chwili wahania. To było najbardziej sensowne, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie. – Ja… Demetri jest na dole? – upewniłam się i chciałam usiąść, ale mama mi nie pozwoliła.
– Wyszedł gdzieś z Edwardem, o ile dobrze się zorientowałem – wyjaśnił mi Carlisle. Uniosłam brwi, co najmniej zaskoczona tą informacją. – Wszystko jest w porządku – dodał kojącym tonem, bez trudu pojmując, że się spięłam. Po tym, jak tropiciel mi się oświadczył, nie wyobrażałam sobie jego rozmowy z moim ojcem, ale mimo wszystko… – Lepiej mi powiedz, czy nic cię nie boli. Tylko szczerze.
W pierwszym odruchu miałam ochotę dalej drążyć temat taty i Demetriego, ale coś w spojrzeniu moich zatroskanych opiekunów jednoznacznie dało mi do zrozumienia, że powinnam odłożyć mniej istotne kwestie na później. Ostatecznie skoncentrowałam się na pytaniu dziadka, decydując mu się powiedzieć zarówno o moim obawach w związku z tym, co mogłoby się wydarzyć, gdybym zasnęła, jak i o dających mi się we znaki żebrach.
Nie do końca uspokoiłam się, kiedy zaczął mnie zapewniać, że to, jak się czułam, miało związek z gorączką, ale zdecydowałam się tego nie komentować, w zamian korzystając z pomocy mamy przy tym, by ułożyć się na łóżku tak, jak mnie prosił. Nie czułam się najlepiej z tym, że musiał podciągnąć mi koszulkę, żeby obejrzeć bok, kilkukrotnie musząc zmuszać się do spokojnego leżenia, kiedy badanie zaczynało być nieprzyjemne, ale zdołałam wytrzymać do końca. I tak nie mógł dokładniej mnie obejrzeć, w domu Denalek nie mając dostępu ani do potrzebnego sprzętu, ani do leków, które mógłby mi ewentualnie podać.
Wszystko trwało zaledwie kilka minut, chociaż z mojej perspektywy czas wydawał się wlec w nieskończoność. Właściwie nie zorientowałam się, w którym momencie dziadek skończył, przed odsunięciem się jeszcze zarzucając na mnie kołdrę, bym łatwiej mogła zapanować nad wciąż odczuwanymi dreszczami.
– Trudno mi stwierdzić, co się dzieje – przyznał po chwili wahania, ostrożnie dobierając słowa. – Sądzę, że tylko się poobijałaś, ale i tak wolałbym sprawdzić ten bok dokładniej. Z kolei tak gorączka… – Rzucił mi jeszcze jedno badawcze spojrzenie. – Spróbuj teraz odpocząć, kochanie, w porządku? Może porozmawiam z Malą i jakoś dostaniemy się do Seattle… Chciałbym zabrać cię do szpitala.
Rozumiałam, co takiego miał na myśli, a przynajmniej tak mi się wydawało. Przez zmęczenie coraz trudniej było mi skoncentrować się na poszczególnych słowach, ale nie na tyle, bym miała problem ze zrozumieniem przekazu. Skoro tu nie miał możliwości, by konkretnie określić mój stan, a dom… pozostawał w opłakanym stanie, musiał znaleźć inny sposób, żeby się mną zająć. Szpital, w którym pracował, wydawał się w tym wypadku najlepszym rozwiązaniem, a przynajmniej chciałam wierzyć w to, że starał się podejmować takie decyzje, które były dla mnie dobre.
– Co się dzieje, Carlisle? – zapytała go niespokojnym tonem moja mama. Uspokajającym gestem chwyciła mnie za rękę, chociaż to ona wydawała się bardziej zaniepokojona ode mnie. – Szpital? Ale…
– To najpewniej nic takiego – uspokoił ją i zabrzmiało to szczerze. Znów czułam na sobie przenikliwe spojrzenie doktora, ale nie potrafiłam stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał. – Po prostu wolę się upewnić, zwłaszcza po tym wszystkim. Może to nerwy, ale nie podoba mi się ta gorączka – przyznał po chwili wahania. Zaraz po tym zwrócił się bezpośrednio do mnie: – Nie ma się czego bać, kochanie. Postaraj się przynajmniej trochę przespać, a później zobaczymy. Obiecuję, że nic złego się nie stanie, jeśli teraz zamkniesz oczy – dodał z naciskiem, bez trudu orientując się, co najbardziej mnie niepokoiło. – Masz prawo być zmęczona.
Sama miałam pewne obawy, ale ostatecznie zmusiłam się do tego, by nie okazać żadnej z nich. Chociaż wciąż miałam wątpliwości, zamknęłam oczy, nie będąc w stanie dłużej utrzymać przytomności. Co prawda miałam do dziadka kilka pytań, poniekąd związanych z tym, co działo się ze mną, ale nie potrafiłam ubrać ich w słowa, przez co postanowiłam zachować je na później. Carlisle miał rację co do tego, że musiałam odpocząć, zresztą miałam świadomość, że wysłuchałby mnie niezależnie od sytuacji i tego, co chciałabym mu powiedzieć.
Właściwie nie zarejestrowałam momentu, w którym słabość przejęła nade mną kontrolę, a ja straciłam przytomność. Nie byłam w stanie zarejestrować ani tego, jak się czułam, ani niczego, co wiązało się z tym, co takiego działo się wokół mnie. Udało mi się zapaść w niespokojny, niezbyt głęboki sens, z którego – jak przynajmniej mi się wydawało – przynajmniej kilkukrotnie się wybudzałam, najczęściej wyłącznie po to, by po chwili ponownie zapaść się w pustkę. Wszystko sprowadzało się do czerni i całego kalejdoskopu obrazów, tworzących niespójną całość, której przez bardzo długi czas nie byłam w stanie zrozumieć.
Nie byłam w stanie stwierdzić, dlaczego w pewnym momencie coś się zmieniło, a moje sny wyklarowały się na tyle, bym zdołała się w nich odnaleźć. Wiedziałam jedynie, że ostatecznie wylądowałam na znajomej już, zalanej słońcem polanie, jeszcze przed rozejrzeniem się dookoła wiedząc, co takiego miało być mi dane zobaczyć.
Albo raczej kogo, bowiem z chwilą, w której spuściłam wzrok, dostrzegłam wtuloną we mnie Lilię.
Już chyba z przyzwyczajenia przeczesałam włosy dziewczynki palcami, dokładnie tak, jak dopiero co robiła to ze mną Bella. Nie chciałam zastanawiać się nad tym, dlaczego ta mała znalazła się w moich ramionach i co tak naprawdę oznaczało wszystko to, co widywałam w tym miejscu. Nie interesowało mnie to, a cała moja uwaga poświęcona była Lilii – tak po prostu, bez wyraźnej przyczyny i potrzeby roztrząsania tego, jakie mogło być symboliczne znaczenie powracającego po raz wtóry snu.
Ten świat nie był prawdziwy – z tego jednego doskonale zdawałam sobie sprawę. Chyba powinien był mnie przerażać, skoro nie tak dawno temu mój własny umysł wydawał się stanowić najgorsze z możliwych, jakże niebezpieczne dla mnie więzienie, ale najwyraźniej byłam zbyt wykończona, by myśleć w ten sposób. Inną kwestią pozostawało to, że wtulona we mnie dziewczynka, wzbudzała we mnie przede wszystkim pozytywne odczucia – sprawiała, że czułam się spokojna i bezpieczna, i dokładnie tego samego pragnęłam dla niej.
Moja Lilia…, pomyślałam po raz wtóry, wręcz rozczulając się nad dzieckiem. To, że akurat ja mogłabym nadać jej imię, wydało mi się najzupełniej naturalne, tak jak i to, że w ogóle przy mnie była. Dlaczego? Jakie właściwie znaczenie miało to, że raz po raz powracała w moich snach, obecna również po tym, jak zdołałam wyrwać się z pułapki, w którą zapędziła mnie Rosa? Skoro wszystko działo się w moim umyśle, miałam pełne prawo czuć się ni mniej, ni więcej, ale po prostu dobrze, nie wspominając o poczuciu bezpieczeństwa. W końcu nie miałam powodów do obaw, aż nazbyt świadoma tego, że miałam wystarczająco dużo osób, które nade mną czuwały, w każdej chwili gotowe mi pomóc, gdyby zaszła taka potrzeba.
Co najważniejsze, miałam mamę, bo nie wyobrażałam sobie tego, by tak po prostu mnie zostawiła, skoro do tego stopnia martwiła się moim samopoczuciem. Jej na pewno mogłam zaufać, o czym zresztą wiedziałam od zawsze, bo wzajemna bliskość i miłość, którą mi dawała, stanowiły coś aż nazbyt oczywistego i to już od okresu, kiedy byłam dzieckiem.
Czy w takim razie ja byłabym dobrą matką…?
Zaskoczył mnie kierunek, który przybrały moje własne myśli, tym bardziej, że nigdy dotąd nie brałam takiej możliwości pod uwagę. Co prawda po tym, o co zapytał mnie Demetri, oferując mi wspólne życie i powiązanie się w ten jakże szczególny sposób, myślenie takimi kategoriami byłoby uzasadnione, nawet nieświadomie, ale mimo wszystko naszły mnie wątpliwości. Co innego miałabym czuć, skoro z logicznego punktu widzenia czułam się zbytnio spragniona stabilizacji i spokoju, by już teraz rozważać coś aż do tego stopnia poważnego, jak…
Nawet nie potrafiłam dokończyć tej myśli.
Nie po raz pierwszy spojrzałam na wtuloną we mnie, słodką Lilię. To imię nie dawało mi spokoju, a ja nazywałam dziecko w ten sposób w absolutnie naturalny sposób, zupełnie jakby to stanowiło najoczywistszą rzecz na świecie. Kołysałam małą, po spojrzeniu na jej drobną twarzyczkę przekonując się, że w którymś momencie zasnęła. Coś w tym widoku sprawiło, że momentalnie się uśmiechnęłam, rozczulona i coraz bardziej rozluźniona. Czułam się dobrze zarówno w tym miejscu, jak i z dzieckiem w ramionach, zwłaszcza, że we śnie nic mnie nie bolało. Tu wszystko było o wiele prostsze, tym bardziej, że umysł na powrót należał do mnie, dzięki czemu miałam pełną kontrolę nad wszystkim, czego doświadczałam.
To również tłumaczyło, dlaczego moja mała Lilia wyglądała w taki, a nie inny sposób. Ciemnowłosa ślicznotka, która z miejsca kojarzyła mi się z Demetrim, chociaż również miała coś ze mnie. Zapragnęłam roześmiać się na samą myśl o tym, mimowolnie zastanawiając się, jak tropiciel zareagowałby, gdyby zorientował się o czym zdarzało mi się śnić. Cóż, chciał pojąć mnie za żonę, więc teoretycznie miałam prawo marzyć o domu z ogródkiem, potomstwie i wszystkim tym, co bez wątpienia chciałam mieć – kiedyś, w przyszłości, kiedy to wszystko się unormuje – ale…
A potem coś innego przyszło mi do głowy i na dłuższą chwilę zamarłam, co najmniej porażona wnioskiem, który tak nagle podsunął mi umysł.
W gruncie rzeczy podejrzewałam to od samego początku, chociaż przez ogóle zamieszanie nie zwracałam na to uwagi. Sama możliwość wciąż wydawała mi się irracjonalna, a przy tym nieznośnie wręcz sensowna, co stanowiło swego rodzaju nietypowy paradoks, którego nie potrafiłam pojąć. To niemożliwe…, pomyślałam, ale miałam przy tym poczucie, że oszukuję samą siebie, niejako usiłując zabronić sobie czegoś, co przecież w moim przypadku miało rację bytu – przynajmniej teoretycznie, bo wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, jak w tej kwestii wpłynął na mnie jad Kajusza.
W głowie mi zawirowało, chociaż nie sądziłam, że we śnie będzie to możliwe. Nie potrafiłam określić tego, jak się czułam, ani tym bardziej ubrać w słowa przeczucia, która tak nagle ogarnęło mnie całą, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Jak urzeczona wpatrywałam się w śpiącą Lilię, czując się trochę tak, jakbym widziała ją po raz pierwszy. Cóż, może poniekąd coś w tym było, bo nigdy wcześniej nie spoglądałam na nią w aż tak przenikliwy, porażająco wręcz świadomy sposób, całą sobą chłonąc spojrzeniem jej rysy twarzy, drobne ciałko i wszystko to, co miało związek z jej wyglądem. Chciałam zapamiętać ją najlepiej, jak tylko miało być to możliwe, zupełnie jakby odpowiednie uporządkowanie myśli i zachowanie wspomnienia małej w głowie, miało mi pozwolić zweryfikować przypuszczenia, które w ułamku sekundy stały się całym moim światem. W jakimś stopniu próbowałam uwierzyć w to, że wszystko jest co najwyżej wywołanym gorączką majakiem, ale spokoju nie dawała mi myśl o tym, że w pewnym sensie czułam to już wcześniej – z tym, że z uporem odsuwałam te przeczucia od siebie, w zamian usiłując skoncentrować się na całej masie innych, nieistotnych już teraz rzeczy.
Nie, niemożliwe…
Ale niby dlaczego?
Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to jedno, pozornie proste pytanie.
Nie miałam pojęcia, co tak naprawdę wpłynęło na to, że ostatecznie zdecydowałam się otworzyć oczy. Przebudzenie było gwałtowne, a ja uświadomiłam sobie, że bezwiednie poderwałam się do pozycji siedzącej dopiero w chwili, w której otoczyły mnie lodowate ramiona, a mama zdecydowanym ruchem przyciągnęła mnie do siebie. W pierwszym odruchu spróbowałam się wyrwać, dziwnie roztrzęsiona i drżąca, tym bardziej, że bezpieczna otoczka snu zniknęła, a ja znów z całą mocą doświadczyłam wszechogarniającej słabości i wywołanych gorączką dreszczy.
– Nessie… Już w porządku, kochanie – usłyszałam tuż przy uchu zatroskany głos mamy. Zadrżałam, kiedy jej słodki, lodowaty oddech owiał mój rozpalony policzek. Chłodna dłoń na ułamek sekundy wylądowała na moim czole, a mama westchnęła i bardziej stanowczo przyciągnęła mnie do siebie. Nie miała problemów z tym, żeby mnie utrzymać, zwłaszcza, że dosłownie przelewałam jej się w rękach, wciąż jeszcze zaspana i oszołomiona. – Cii… Cichutko, skarbie. Nic złego się nie dzieje – zapewniła mnie kojącym tonem Bella, przemawiając do mnie w co najmniej taki sposób, jakby podejrzewała, że mam problem z tym, żeby ją zrozumieć.
Być może coś w tym było, poniekąd dlatego, że czułam się co najmniej roztrzęsiona. Nie miałam pojęcia, jak długo pozostawałam pogrążona we śnie, ale bynajmniej nie czułam się tak, jakbym wypoczęła. Wręcz przeciwnie – byłam gotowa przysiąc, że moje samopoczucie prezentowało się jeszcze gorzej. Nie potrafiłam stwierdzić, skąd brała się odczuwana przeze mnie panika i silne pragnienie, żeby przy pierwszej okazji rzucić się do ucieczki, ale próbowałam się nad tym nie zastanawiać. W pamięci wciąż miałam resztki snu – obraz polany, Lilii oraz majaczące gdzieś na skraju mojej świadomości przemyślenia, które…
Och, musiałam komuś o tym powiedzieć! Musiałam, a Bella wydawała się być najodpowiedniejszą osobą, tym bardziej, że czułam się przy niej dobrze.
– Mamo… – Zawahałam się, przez dłuższa chwilę mając problem z tym, żeby złapać oddech. Co więcej, w głowie miałam mętlik, sama niepewna tego, od czego powinnam zacząć rozmowę. – Mamo, ja…
– Jest w porządku – powtórzyła raz jeszcze, próbując mnie uspokoić. Pozwoliłam jej mówić, podświadomie czując, że jak długo nie miała nabrać pewności co do tego, że mój stan poprawił się na tyle, bym orientowała się, co dzieje się wokół mnie, nie miała mnie wysłuchać. – Wystraszyłaś się… Coś złego ci się śniło? – zapytała cicho, próbując zrozumieć moje zachowanie.
Potrząsnęłam głową, bo tego, czego doświadczyłam, zdecydowanie nie mogłam określić mianem koszmaru. Wręcz przeciwnie – zważywszy na to, jakie emocje wywoływała we mnie nawiedzająca mój umysł dziewczynka, bardziej sensownym stwierdzeniem było to, że nie miałam jakichkolwiek powodów do obaw.
Inną kwestią pozostawała myśl, która wciąż nie dawała mi spokoju. Myśl o tym, że…
Bezwiednie zaplotłam ramiona na brzuchu – nie po raz pierwszy w ostatnim czasie, jak nagle sobie uświadomiłam, ale uznałam to za najmniej istotną kwestię. Bez znaczenia w porównaniu z tym, co tak naprawdę mogło to oznaczać, zwłaszcza w połączeniu z tym, że teraz czułam się źle. Nie sądziłam, żeby nerwy albo jakiekolwiek obrażenia aż do tego stopnia wpłynęły na mój organizm. Jeszcze przed ugryzieniem Kajusza nie chorowałam, a przecież teraz powinnam być silniejsza.
Cholera, musiałam to sprawdzić – z tym, że nie miałam pojęcia w jaki sposób poruszyć ten temat.
Wciąż o tym myślałam, kiedy mama usadowiła mnie na tyle wygodnie, by móc podać mi szklankę z czymś, co – jak przynajmniej mi się wydawało – musiało być zwykłą wodą. Ostrożnie wzięłam kilka łyków, próbując się uspokoić, żeby łatwiej móc zebrać myśli.
– Jak się czujesz? – zapytała mnie cicho Bella. – Powinnaś się jeszcze położyć. Carlisle niedługo wróci – dodała, a ja okręciłam się na tyle, żeby spojrzeć wampirzycy w oczy.
– Chcę z nim porozmawiać – powiedziałam w końcu. Mój głos zabrzmiał słabo, ale przy tym wystarczająco stanowczo, by mama pojęła, że naprawdę musiało chodzić o coś ważnego.
– Na pewno nie będzie miał nic przeciwko, zwłaszcza jeśli… – Urwała i przyjrzała mi się w nieco zdezorientowany, troskliwy sposób. – Co się dzieje, Nessie? – zapytała mnie wprost, próbując nadążyć za tym, co mówiłam i jak się zachowywałam.
Nie od razu zdecydowałam się na to, żeby jej odpowiedzieć, wciąż pełna wątpliwości. To, jak się czułam, jedynie potęgowało poczucie bezradności i wciąż odczuwaną przeze mnie słabość, co bynajmniej nie poprawiło mi nastroju. Chciałam jak najszybciej zobaczyć się z dziadkiem i zasugerować mu coś istotnego, tym bardziej, że podejrzewałam, że zamierzał w pierwszej kolejności skoncentrować się na moich żebrach. Rozumiałam, co go martwiło i byłam niemalże pewna, że w szpitalu chciał zabrać mnie na prześwietlenie, ale jeśli dręczące mnie obawy były słuszne, zdecydowanie nie mogłam mu na to pozwolić.
Chwilę jeszcze walczyłam z samą sobą, rozważając różne za i przeciw, zanim skupiłam się na Belli. Chociaż nie mogłam mieć pewności co do tego, co tak naprawdę się ze mną działo, ostatecznie doszłam do wniosku, że mamie mogę powiedzieć wszystko, niezależnie od tego, co mnie dręczyło. Jeśli ona nie byłaby w stanie zrozumieć mnie po wszystkim, co sama przeszła, żeby zapewnić mi bezpieczeństwo od pierwszej w chwili, w której uprzytomniła sobie, że nosi mnie pod sercem, to z kim tak naprawdę mogłam porozmawiać?
Odwróciłam się w taki sposób, by móc usiąść bezpośrednio przed siedzącą przy mnie mamą. Jej dłonie zacisnęły się na moich ramionach, kiedy spróbowała pomóc mi utrzymać się w pionie, ale nie próbowałam z tym walczyć. W zamian wyciągnęłam rękę i – czując się przy tym tak, jakbym znowu była małą dziewczynką, nie tylko najbardziej na świecie ufającą właśnie jej, ale także wyłącznie jednemu sposobowi komunikacji – przycisnęłam dłoń do zimnego policzka. Chociaż byłam zmęczona, wykorzystanie daru przyszło mi w najzupełniej naturalny sposób, ja zaś pokazałam Belli wszystko to, co przez cały czas mnie dręczyło – te wszystkie myśli, moje sny i wrażenie, że coś jest ze mną nie w tak w ten szczególny sposób, który…
Wyczułam, że zesztywniała, bez słowa przygarniając mnie do siebie. Zakołysała mną lekko, niespokojna i wyraźnie oszołomiona, co zresztą mnie nie zdziwiło, bo właśnie takiej reakcji od samego początku mogłam się po niej spodziewać.
– O mój Boże… – usłyszałam tuż przy uchu.
Chociaż wciąż nie wiedziałam, czy mam rację, coś w świadomości tego, że miałam przy sobie mamę, podziałało na mnie kojąco.
Teraz jeszcze tylko musiałam się upewnić.
Hej! Nie będę długo się rozwodzić, tym bardziej, że wszystko to, co chciałam, przekonałam w rozdziale – przedostatnim, choć to wciąż do mnie nie dociera. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała rozwinąć ten wątek. Co prawda większość z Was pewnie już się domyśliła, być może już po samym opisie księgi, ale…
Cóż, to już w zasadzie koniec. Wypatrujcie mnie z rozdziałem trzydziestym i epilogiem. Tak więc do napisania!

Nessa.

After We Fall
stories by Nessa